Państwo Szalkiewiczowie z Krobi są małżeństwem już 70 lat!

Marianna i Antoni Szalkiewiczowie do dziś są bardzo aktywni.

Kiedy się spotkali po raz pierwszy, ona była nastoletnią dziewczyną, on zaś już mężczyzną. Antoni Szalkiewicz pochodził z Białorusi, a w okolice Włocławka przyjechał, aby pełnić służbę wojskową. Z Marianną poznał się dzięki przyjacielowi. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia.

– Dziś byśmy powiedzieli, że to szaleństwo – śmieje się Marianna Szalkiewicz. – Były to lata czterdzieste. Widzieliśmy się przed oświadczynami tylko raz, kiedy przyszedł z kolegą do mojego domu na obiad. Później pisał do mnie przez kilka tygodni listy. Próbowałam dać mu do zrozumienia, żeby zainteresował się kimś innym. Nie zrezygnował. Nie przesłał mi żadnego zdjęcia, nawet nie pamiętałam jak, wyglądał. Przyjechał, uklęknął… Niedługo potem odbył się nasz ślub.

Choć dziś Marianna Szalkiewicz ma 88, jej mąż Antoni 95 lat, dzień uroczystości kościelnej pamiętają jak dziś. W tym czasie trudno było zorganizować wystawne wesele. Wtedy na to wydarzenie złożyła się rodzina panny młodej, na zaślubiny zaś zaproszeni przyjaciele przynieśli to, co mieli w domach.

Antoni i Marianna Szalkiewicz obecnie mieszkają w Krobi. Wychowali się w biedzie. On, urodzony na Białorusi, ona w Szpetalu Górnym pod Włocławkiem, po ślubie postanowili zamieszkać w rodzinnych stronach żony. Kiedy po dwóch latach doczekali się pierwszego dziecka, postanowili wziąć ślub cywilny. Uroczystość odbyła się 4 maja 1947 roku.

Choć nie mieli grosza przy duszy, Antoni imał się różnych zajęć, aby zapewnić godziwy byt rodzinie. W roku 1952 przenieśli się spod Włocławka do wynajętego w Lubiczu Górnym pokoju. Tam też później mężczyzna był komendantem gminnego posterunku policji. W międzyczasie kupili w Krobi działkę, na której dziś stoi ich wymarzony dom.

– Zbudowaliśmy go własnymi rękami – zaznacza Antoni Szalkiewicz.

– Przeszło czterdzieści lat temu – podkreśla Marianna. – Kochanie, to już pięćdziesiąt lat – wtóruje jej mąż. – Tak ten czas, moja droga, szybko leci.

Czułość w ich słowach i gestach widać po dziś. On dostojny, ona uśmiechnięta i wciąż młoda duchem, oboje bardzo eleganccy. Jak przed laty trzymają się za ręce i przytulają.

– Aby miłość trwała, trzeba nad nią pracować – mówią zgodnie. – Kluczem jest tu wzajemne zrozumienie i jedność. Oczywiście, jak każde małżeństwo mieliśmy swoje małe zwady. Trwało to jednak nie dłużej, niż do wieczora. Choć mogliśmy się do siebie nie odzywać, nigdy nie chciałam zaniedbać męża – śniadanie, obiad i kolację zawsze robiłam z serca. I powtarzałam: na mnie się gniewać możesz, ale nie na posiłek. I gdzieś te żale uciekały. Miłość to również rozmowa, wspólne radości, ale także problemy. Jest jak roślinka, o którą trzeba dbać każdego dnia.

Przez siedemdziesiąt lat wspólnego życia doczekali się trojga dzieci, pięciorga wnuków oraz trzech prawnuków. Kolejny zaś wkrótce ma się urodzić. To właśnie najbliżsi dla swoich rodziców, dziadków i pradziadków zorganizowali w sobotę 6 maja wspaniałą uroczystość – niespodziankę.

– Prosili, abyśmy się ładnie ubrali i zabrali nas do samochodu – relacjonują małżonkowie. – Byliśmy naprawdę zaskoczeni. Nie zorientowaliśmy się także, kiedy kilka dni wcześniej nasz wnuk poprosił nas o stare rodzinne zdjęcie, pytając,czy mógłby wziąć nasz portret ze ściany. I kiedy już byliśmy wszyscy razem, na salę wjechał przepiękny tort z tym właśnie zdjęciem sprzed ponad czterdziestu lat. Aż łza się w oku zakręciła.

Dziś wciąż uśmiechają się do siebie jak siedemdziesiąt lat temu. Jak sami o sobie mówią – on jest spokojnym, cichym mężczyzną, jej zaś wszędzie jest pełno. Najpiękniejsze jest jednak to, że wśród tej różnicy charakterów, są do siebie niesamowicie podobni. Zwłaszcza sercem, które przez siedem dekad wciąż bije im w rytm marszu Mendelsona.