Adrian Zieliński: Miejsc na podium starczy dla nas obu

O zbliżających się mistrzostwach świata w podnoszeniu ciężarów, szansach medalowych reprezentacji Polski i bratobójczym pojedynku z Adrianem Zielińskim, mistrzem olimpijskim w podnoszeniu ciężarów rozmawia Tomasz Więcławski.

Mistrzostwa świata za pasem. Zdrowie dopisuje?
Zawodowym sportowcom zawsze coś doskwiera. Wiosną borykałem się z kontuzją kolana. Dalej mam z nim problem, ale trenuję. W zawodowym sporcie codziennie stąpamy po bardzo cienkiej linii między zdrowiem a kontuzjami. Przygotowuję się jednak do tego startu zgodnie z planem. Chciałabym jak najlepiej zaprezentować się naszej publiczności.

Zainteresowanie mistrzostwami świata we Wrocławiu będzie duże?
Tak sądzę. W Polsce są oddani kibice. Nie ma, poza olimpiadą, imprezy o wyższej randze. Sądzę, że poniesie nas doping fanów i każdy zaprezentuje swoje możliwości.

Szymon Kołecki, prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, mówi, że planem minimum dla naszej kadry jest zdobycie jednego krążka. To przesadna ostrożność czy realna ocena naszych możliwości?
Szans na medale mamy kilka. Ile z nich wykorzystamy okaże się po 20 października. To tylko sport. Wiele będzie zależało od dyspozycji dnia. Walka rozgrywać się będzie na kilogramy, bo wielu zawodników ostrzy sobie zęby na końcowy triumf. Z drugiej strony, jest to rok poolimpijski, w którym następuje zmiana pokoleniowa i nie wszyscy zawodnicy są przygotowani na 100%.

Wynik z mistrzostw Polski wskazuje, że Adrian Zieliński powalczy o medal na MŚ.
Walkę stoczę na pewno, inna sprawa czy zwycięską. By móc bić się o miejsca na podium trzeba będzie w dwuboju dźwignąć do góry 385-390 kilogramów.

Jest Pan na tyle przygotowany?
Mam nadzieję. Obecnie jeszcze jestem na etapie budowania siły. Robię wiele powtórzeń średnimi ciężarami. Na jaki wynik w kilogramach się to przełoży? Dziś to wróżenie z fusów. Nastroje są bojowe i na pewno dam z siebie wszystko.

Czy po dwóch medalach polskich ciężarowców na IO w Londynie zmieniło się zainteresowanie Waszą dyscypliną?
Trudno mi to ocenić. Za rzadko bywam w małych salkach treningowych na terenie kraju, by mieć pełen ogląd. Jak jednak patrzę na kadrę B, która potencjalnie będzie wypierała obecnych reprezentantów kraju, to można być optymistą. Nie brakuje bowiem talentów.

Zmieniło się Pana życie po zdobyciu złotego medalu olimpijskiego?
Ani trochę. Nie zmieniłem się. Może trochę więcej osób rozpoznaje mnie na ulicy. Nie rajcuje mnie to jednak jakoś szczególnie.

Marcin Dołęga po, delikatnie mówiąc, wpadce w Londynie będzie walczył na mistrzostwach świata o medal?
Jest w wysokiej formie – to widać. Jego też nie oszczędzają kontuzje, podobnie jak Bartka Bonka, który musiał dodatkowo walczyć bardzo długo o życie swojej córeczki. Myślę, że obaj zaprezentują się bardzo dobrze przed polską publicznością.

Ma pan jakiegoś faworyta na „czarnego konia” tej imprezy w naszej kadrze?
Po cichu liczę, że mój bart osiągnie dobry rezultat. Dla niego mistrzostwa kraju były nieudane. Wiem jednak, w jakiej jest formie. Może wielu zaskoczyć.

Ty wybierasz się do wyższej kategorii wagowej. W stawce zawodników do 94 kilogramów dojdzie do bratobójczego pojedynku.
Taki już jest sport. Miejsca na podium są jednak trzy. Kto powiedział, że bracia nie mogą zająć dwóch z nich? Bardzo chciałbym w wyższej kategorii wagowej zasmakować medalu na kolejnych Igrzyskach Olimpijskich.

Najlepiej znów złota.
Każdy sportowiec w nie mierzy. Czy się uda? Czas pokaże. Na pewno czekają mnie miesiące bardzo ciężkich treningów. Trzeba zbudować moc, by móc bić się z cięższymi. Od jakiegoś czasu mam już jednak spore problemy ze zbijaniem wagi przed startami. Organizmu nie da się oszukać. Przejście do cięższej kategorii wydaje się naturalnym rozwiązaniem. W obecnej kategorii ostatni raz wystąpię na MŚ we Wrocławiu.