Agata Kulesza: Nie mam krwi Wandy na rękach

Jest obecnie najlepszą polską aktorką. Wykreowane przez nią role krytycy z całego światau raz po raz określają mianem „wybitnych”, „genialnych” lub „poruszających”. Z Agatą Kuleszą, o filmie „Ida”, Wojciechu Smarzowskim i rolach z najwyższej półki, rozmawiają Iwona Muszytowska-Rzeszotek i Bogumiła Wresiło. 

Do ról szukasz inspiracji, co przy Wandzie było najbardziej pomocne?
Starałam się prześledzić losy kobiet, które zajmowały się tym, czym Wanda. Szukałam ostrych pań prokurator pochodzenia żydowskiego. Takie osoby znalazłam. Ale o ich życiu osobistym niewiele. A to mnie najbardziej interesowało. Szukałam śladów człowieka. A w Internecie najczęściej trafiałam na zjadliwe komentarze, które opowiadały o ich zbrodniach. Potem przeczytałam książkę „Kobiety władzy PRL-u”. Paweł Pawlikowski opowiadała mi o pani Helenie Wolińskiej Brus, którą poznał, ona była inspiracją do tego filmu. Ale nie mogę powiedzieć, że moja Wanda to ona. Szukałam tropów. Wiedziałam jaka Wanda powinna być. Chciałam, aby była charyzmatyczna i błyskotliwa, mimo krwi na rękach. Aby widz ją polubił. Co było dosyć trudne. Bo Wanda jest trochę potworem. Oczywiście poznajemy motywacje i powody dla których tak się stało. Jako aktorka jednak jej nie bronię. Są tacy ludzie, u których zło bardziej się uaktywnia. I Wanda jest właśnie osobą, u której zło znajduje szybko ujście. Gdybym miała ją ocenić, to nie mogłabym powiedzieć , że Wanda jest dobrym człowiekiem. Bo jako Agata Kulesza, nie rozumiem jej wyborów, chociażby porzucenia dziecka dla idei. I nie mogę znaleźć dla takiego czynu usprawiedliwienia. Muszę jednak zaakceptować, że ona taka była. W coś wierzyła, i to było dla niej najważniejsze. Dla mnie nie. Pomimo tego chciałam, aby Wandzia była pazerna na życie, aby w tej jej determinacji wyczuwało się rozpacz.

Wyczuwa się także jej wielką słabość do siostrzenicy.
Kiedy w życiu Wandy pojawia się Ida, ona wie, że to jest początek końca. Tak naprawdę czekała na ten moment. Wiedziała, że ta konfrontacja nastąpi. W życiu straciła wszystko, pod koniec życia zyskała to, że pokochała Idę. Może dlatego mogła to wszystko zakończyć. Pokochała Idę, tak jak nikogo wcześniej.

W kinie szukasz opowieści o człowieku. Co znalazłaś w tym obrazie dla siebie?
Staram się aby opowiedzieć o wiarygodnym człowieku, aby widz uwierzył, że ktoś taki istniał. To także moja praca i moje zadanie. Zawsze skupiam się na konkretnym problemie, który jest punktem wyjścia. Przy Wandzie były to pojęcia dobra i zła. Jak to zło wychodzi z ludzi w ekstremalnych warunkach, jak ono się uaktywnia. Nie uważam aby Wanda szukała odwetu i zemsty. Gdyby chciała się zemścić za swoją rodzinę, załatwiłaby to dużo wcześniej i dużo szybciej. Była przecież u władzy i mogła wszystko. Wanda bała się o samą siebie, że będzie musiała skonfrontować się z tym co zrobiła, co jest bardzo trudne. Jej zło i to jak zakończyć tę wędrówkę? To było dla mnie najbardziej inspirujące.

Jak powstała najmocniejsza scena w filmie? Chyba długo już w polskim kinie nikt nie popełni samobójstwa skacząc przez okno.
Nad tą sceną zastanawialiśmy się bardzo długo. Paweł wiedział, że Wanda się na parapecie nie zatrzymuje, nie ma chwili zawahania. Dlatego ona przez okno nie wyskakuje, a wychodzi. Gdyby chciała skoczyć musiałby na chwilę złączyć nogi, i się zatrzymać. Ona nie może tego zrobić. Najdłużej rozmawialiśmy o preludium. O tym co dzieje się przed samobójstwem. Kiedy decyzja w niej dojrzewa. Jest refleksja w wannie, jest powrót do dzieciństwa kiedy je chleb z cukrem, jest muzyka którą kochała i zamiana szlafroka na płaszcz. Paweł wymyślił to genialnie. Wanda wychodzi z tego świata.

Czy Wanda jest jeszcze w tobie? Wiele poświęciłaś jej uwagi i pracy.
Nie, Wanda nie. Do tej pory najtrudniejsza była Róża, i to ona jest moim klejnocikiem, coś co ukochałam. Do dzisiaj nie mogę oglądać tego filmu. Róża jest cały czas blisko ze mną. Cieszy mnie, że Wanda jest poza mną. Zagrałam ją bardzo świadomie. Być może jest to kwestia dojrzałości aktorskiej. Skończyłam film, nie musiałam odreagowywać, nie budziłam się w środku nocy i nie patrzyłam, czy mam krew na rękach. Ale cieszę się z kilku fajnych pomysłów, na przykład, że mam czarne oczy w filmie. Upierałam się przy tym.

Dawid Ogrodnik mówi, że na pstryk wchodzisz w rolę na planie i na pstryk z niej wyskakujesz.
To miłe. Ale myślę, że to jest kwestia pracy z dobrym reżyserem, bo ma się odwagę grania. Bardzo lubię robić filmy na wyjeździe. Jestem odciągnięta od domu, nie mam obowiązków, w hotelu mam posprzątane, wszystko przygotowane. Mogę się skoncentrować na jednym, na roli. Mogę siedzieć przy tekście, patrzeć co mi jest potrzebne do zbudowania człowieka, w którą stronę pójść Przy Pawle Pawlikowskim można czuć się bezpiecznie. Namawiał nas do bardzo małego i oszczędnego grania. Ten minimalizm miał wzbudzać wiele emocji. Ja lubię tak grać. A wchodzenie na pstryk? Są takie role kiedy człowiek wie, że są dla niego. I wtedy swobodnie się porusza. I tak miałam z Wandą.

Miałaś szczęście do reżyserów. Za chwilę zobaczymy Cię ponownie u Wojtka Smarzowskiego w filmie „Pod mocnym Aniołem”.
Na plan pojechał na cztery słowa. Ale dla Wojtka zagrałabym panią z pieskiem w bramie, której nie widać. (śmiech) Miałam wielkie szczęście do reżyserów z pierwszej półki.

Ale Ty także jesteś z najwyższej półki.
Ja się ciągle wdrapuję. Teraz muszę na moment się schować między książkami i przespać. A później zobaczymy… Jak ja się będę tak wdrapywać, to mogę spaść, a ja chcę grać dalej.

Nie mam krwi Wandy na rękach