Alojzy Lech Kowalski: W mojej szkole zaśpiewała Kalina

Urodził się w roku, w którym Hitler doszedł do władzy. Do polskiej szkoły poszedł w 1945. Od tamtej pory związał się z nią na zawsze. Najpierw jako uczeń, później nauczyciel, wreszcie dyrektor. Postawił i rozbudował kilka szkół. Z Alojzym Lechem Kowalskim rozmawia Robert Kamiński.

O pana pokoleniu mówiło się, że było pierwszym, które nosi buty… 

Urodziłem się przed wojną. Rok 1939 pamiętam bardzo dobrze. W pierwszych latach po wyzwoleniu z butami było rzeczywiście ciężko. Chodziłem w „klumpach” – drewnianych, olchowych buciorach. Jak się stanęło na palcach, można było kręcić piruety. Jedyną możliwością zdobycia wówczas prawdziwych butów było przeszukiwanie opuszczonych magazynów Wehrmachtu. Oczywiście problem nie dotyczył tylko butów, ale odzieży w ogóle. Na rynku były materiały, o których się mówiło żartobliwie, że są utkane z pokrzyw. To były podłe jakościowo szmaty. Pierwsze tkaniny zaczęły się pokazywać około 1949 roku.

Czyli w roku 1948/49 kiedy był pan młodzieńcem, nie mógł się pan porządnie wystroić na randkę? 

Kiedy szedłem do liceum, matka nie miała mnie w co ubrać. Pochodziłem z niezamożnej rodziny. Ojciec miał 180 zł renty. To była niemal nędza. Wprędce pojąłem, że muszę jak najszybciej wziąć się za jakąś robotę. Wiadomo: młody chłopak chce iść z dziewczyną do kina, kupić sobie koszulę.

Jak to się stało, że związał się pan z oświatą? 

Kończyłem klasę opiekuńczo-wychowawczą w Państwowym Liceum Pedagogicznym w Toruniu. Takie były wtedy potrzeby. W każdym mieście był dom dziecka. Wszystkie przepełnione. To były prawdziwe sieroty, pokłosie wojny światowej. Pełno było też dzieci esesmanów. Przyjmowaliśmy je jak nasze, polskie. Bo co one były winne? Taka była moja pierwsza praca. Dom Dziecka w Trzemiętowie, koło Bydgoszczy.

Pana pierwsza szkoła?

W Czarnym Błocie. Później udało mi się przenieść do wydziału szkolno-harcerskiego Zarządu Powiatowego ZMP. To była organizacja harcerska, której kierownikiem był nie kto inny jak Jacek Kuroń. To był wtedy mój szef.

A potem przyszło to, co przyjść musiało: wojsko. 

Zostałem wcielony do jednostki w Stargardzie Szczecińskim. Byłem po maturze, więc od razu skierowano mnie na szkółkę podoficerską. Istniało spore zagrożenie, że „awansują” mnie na „kaprala poganiacza” – bo tak zwykle kończyli ci po maturach. Udało mi się jednak jakoś wykpić od musztrowania innych. Ze względu na ładny charakter pisma zrobiono ze mnie pisarza w sztabie pułku.

Czy wojsko zrobiło z pana „mężczyznę”? 

Być może. Pewnego dnia zachorowałem na ostre zapalenie stawów. Nogi miałem mocno opuchnięte. Dowódca pułku kazał mnie odtransportować do szpitala w Szczecinie. Wsadzono mnie na pakę odkrytego samochodu i powieziono ponad 30 km. To był styczeń. Mróz jak diabli, szron na drzewach. W życiu tak nie zmarzłem. Na miejscu musieli mnie zesztywniałego odklejać od auta. Z miejsca wrzucili do łaźni pod gorącą wodę. To była z pewnością prawdziwa próba męskości.

Po wojsku znów zgłosił się pan do wydziału oświaty. 

Dostałem skierowanie do pracy w Młyńcu. Była to szkółka z czasów pruskich. Pracowałem tam krótko, ale zdaje się, że dałem się poznać od dobrej strony. Pewnego dnia usłyszałem od dyrektora Kazimierza Kunickiego zdanie, które zaważyło na całym moim życiu: „Jak będziesz kiedyś dyrektorem, to morze będzie ci sięgać do kostek”. Wtedy uwierzyłem w swoje możliwości.

Później był Józefów, po drugiej stronie Drwęcy. 

Warunki były tam tragiczne. Choć nazwa „kierownik szkoły” brzmiała szumnie, w rzeczywistości oznaczała pozytywistyczną pracę u podstaw. Była to wiejska chałupa ukryta w pokrzywach, okolona płotkiem z wikliny. Pobielona wapnem i pokryta strzechą. Przybudówkę stanowiła obora, z której utworzono trzy pomieszczenia klasowe. Małe okienko wpuszczało niewiele światła, a bordowa lamperia tylko potęgowała przygnębiające wrażenie. Jedyne pomoce naukowe, jakie miałem, to trzy zbite z desek tablice. Zrobił je miejscowy kołodziej.

I oczywiście nie było prądu. 

Tylko lampy naftowe. Dopiero w 1962 ruszyła elektryfikacja. Pamiętam tamten dzień, jakby to było wczoraj. Nagle usłyszeliśmy radio. Po prostu zaczęło grać. Pan wie, co to była za radość?

Co to była za melodia? 

„Mój pierwszy bal”. W mojej szkole zaśpiewała Kalina Jędrusik.

Następną była szkoła w Cierpicach. 

Ten budynek również był w opłakanym stanie. Dach przeciekał. Na strychu stały balie, kotły i miski. Wszystko, co zbierało deszczówkę. Wymagał natychmiastowego remontu. Jedna klasa i trzy maleńkie klitki. A uczniów 150. Wzięliśmy się za rozbudowę. Ja wziąłem kielnię i kładłem cegły, bo nie było fachowców. Zbudowaliśmy sześć klas, pokój nauczycielski, kancelarię, bibliotekę. Wszystko w 14 miesięcy. W czynie społecznym. Była to jedyna szkoła w powiecie z centralnym ogrzewaniem. I jedyna, która miała asfaltowe boisko do piłki.

Lata 1984-1998 to pańskie dyrektorowanie w Szkole Podstawowej nr 24 w Toruniu. 

To już była szkoła z prawdziwego zdarzenia. W swoim apogeum miała ponad 1700 uczniów i setkę nauczycieli. Również i ją udało się rozbudować: wiele nowych klas, sala gimnastyczna z łaźniami i szatniami, dwie świetlice, biblioteka, sale komputerowe. Budowaliśmy ją z głową. Nie mieliśmy żadnych dodatkowych środków zewnętrznych, a mimo to udało się tak gospodarować, że zostało jeszcze na basen!

Czego pan nie dotknął, zmieniał pan w złoto. Jaka jest tajemnica pańskiego sukcesu? 

Sukces nie jest żadną tajemnicą. Sukces to ludzie. Zawsze starałem się otaczać ludźmi pełnymi twórczego niepokoju, inicjatywy, pomysłowości. Takimi, że jak przyjdzie co do czego, nie boją się chwycić za łopatę albo rozładować wóz pełen cegieł. Niezależnie od tego, jak bardzo są wykształceni.