Andrzej Wieczyński: Gdyby było źle, to gmina by się wyludniała

O zarzutach stawianych w mediach wójtowi i radnym, pieniądzach, zarobkach, szkoleniach i wywożeniu obornika – z wójtem gminy Obrowo, Andrzejem Wieczyńskim rozmawia Radosław Rzeszotek

Od lat podkreśla pan, że gmina Obrowo w ostatnich latach rozwijała się w zaskakującym tempie. Dziś jednak o Obrowie mówi się w innym kontekście…
To o czym się mówi i pisze to jedno, a jaka jest rzeczywistość, to zupełnie co innego. Wyniki gminy Obrowo są jednoznaczne. Rośnie liczba mieszkańców, rośnie ich zamożność, budżet na inwestycje pomimo trudności nie maleje. Dziś już mało kto pamięta jak wyglądały miejscowości naszej gminy jeszcze dziesięć lat temu. Mieliśmy gigantyczny deficyt wody, więc trzeba było budować nowe ujęcia. Kanalizacja była niedościgłym marzeniem, a szkoły nie dysponowały nowoczesnym zapleczem, brakowało świetlic wiejskich. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Wskaźnik „G”, czyli zamożność mieszkańców również systematycznie rośnie. Jeszcze dziesięć lat temu gmina Obrowo znajdowała się na 130 pozycji w województwie, obecnie jesteśmy na 62 i wciąż pniemy się do góry. Budżet w 2002 roku wynosił 11,5 mln, a dziś prawie 40 milionów. Mieszkańców mieliśmy 8,5 tysiąca. Dziś w gminie Obrowo zamieszkuje w sumie około 15 tysięcy osób. W ciągu ostatnich 10 lat na inwestycje wydaliśmy ponad 70 mln złotych.

Ale z takimi informacjami trudno jest przebić się na pierwsze strony gazet.
W mojej pracy nie chodzi o pierwsze strony gazet, tylko o to, żeby mieszkańcy byli zadowoleni i mieli poczucie, że samorząd pracuje dla nich, a nie dla siebie.

Nawet kiedy samorządowcy są sowicie opłacani?
O zarobkach dyskutuje się chętnie, bo to bardzo wdzięczny temat do utyskiwania, wytykania palcem i narzekania. Co jakiś czas media, ale nie tylko one, wybierają sobie ofiarę, którą się publicznie piętnuje. Pokazuje się kwotę, a zaraz za nią tezę: „zobaczcie, o ile on więcej od was zarabia, tak wygląda nasza polska sprawiedliwość”. Nic bardziej mylnego w takim podejściu. Dziś już media nie chcą pamiętać, że półtorej dekady temu przez Polskę przetoczyła się dyskusja na temat korupcji. Wnioski ustawodawców były wówczas oczywiste – im samorządowiec mniej zarabia, tym bardziej narażony jest na pokusy korupcyjne. Gdyby wójt, burmistrz, czy nawet kierownik referatu zarabiał najniższą krajową, to z całą pewnością szybko znalazłyby się osoby, które proponowałyby dodatkowy zarobek. A to już byłaby korupcja.

Panu jednak „Nowości” zarzuciły, że zarabia najwięcej spośród wszystkich wójtów powiatu toruńskiego…
Z pominięciem tych, którzy nie złożyli swoich oświadczeń majątkowych. To mniej więcej tak, jakby ustalać piłkarską kadrę reprezentacji Polski jedynie spośród brunetów. Paranoja. Sprawa tych publikacji, które nie mają nic wspólnego z dziennikarską rzetelnością, znajdzie swój finał w sądzie. Zwłaszcza, że nawet w starostwie powiatowym są osoby, które zarabiają więcej, a odpowiedzialność mają o wiele, wiele mniejszą. Jestem przekonany, że sąd przykładnie ukarze autorkę tych złośliwych paszkwili. Gdyby chodziło w nich tylko o mnie, zapewne puściłbym to płazem. Ale skoro wmieszano w to moją rodzinę, podając nieprawdziwe informacje, nie mogę pozostać obojętny. Poza tym wysokość moich zarobków ustala przecież Rada Gminy.

Jest pan człowiekiem majętnym?
Zanim zostałem wójtem miałem już gospodarstwo rolne po teściach. W latach 90-tych udało mi się korzystnie kupić ziemię, co okazało się bardzo trafną decyzją, bo wstrzeliłem się w koniunkturę. Zarobiłem na sprzedaży działek budowlanych. To przecież nic złego. Prowadzę też gospodarstwo rolne i nie wstydzę się, że czasem w gumiakach pracuję przy oborniku. Kiedy wygrałem w wyborach, sąsiedzi mi mówili, że wójtowi w gnoju pracować nie wypada. Ale mnie inaczej wychowano i nie zamierzam tego zmieniać. Generalnie jestem w takiej sytuacji, że nie muszę być wójtem, żeby żyć spokojnie i na przyzwoitym poziomie.

Może to właśnie boli pańskich oponentów? Ich boli fakt, że gmina Obrowo znormalniała i rozwija się, zamiast podupadać.                                                                                             Przywykłem już do ataków, taka niestety dola wójta. Przeżyłem już kilka prób dyskredytowania mojej osoby i za każdym razem wychodziłem obronną ręką, bo stawiane mi zarzuty były nieprawdziwe. Ci, którzy ciskają oskarżeniami zapominają, że w małej społeczności jaką jest gmina, ludzie znają się nawzajem i wszystko o sobie wiedzą. Wiele razy było tak, że rzucane na mnie oszczerstwa przynosiły efekt odwrotny do zamierzonego. Mieszkańcy zamiast się ode mnie odwracać, okazywali mi jeszcze większe poparcie. Jestem człowiekiem normalnym, a nie żadnym królem!

Samorząd to nie tylko wójt, ale również Rada. Radni też ostatnio spotkali się z ostrą krytyką za uczestnictwo w szkoleniach.
To mniej więcej ten sam poziom krytyki, co w wypadku moich zarobków. Szkolenia są potrzebne i korzystają z nich wszystkie grupy zawodowe, nie tylko radni. Ale jak ktoś bardzo chce się przyczepić, to i budę psa można skrytykować. Zarzut, że radni jeżdżą na szkolenia, kiedy budżet gminy jest w zapaści, świadczy o kompletnej nieznajomości sytuacji finansowej naszego samorządu. Nasze dochody budżetowe rokrocznie rosną. A po decyzji ministra Rostowskiego o włączeniu wierzytelności samorządów do długu publicznego, w ciągu paru miesięcy udało się nam zredukować zadłużenie o kilkanaście procent. Kto się trochę zna, ten wie, że to imponujący wynik.

Czyli nie jest jednak w Obrowie aż tak źle?
Na to pytanie najlepiej odpowiedzą nowi mieszkańcy, których wciąż w naszej gminie przybywa. Gdyby było źle, to przecież by się wyprowadzali…