Anita Włodarczyk: Jeżeli przywieziemy z MŚ pięć krążków, to będzie to duże osiągnięcie

O czystości sportu, braku konkurencji w kraju z wicemistrzynią olimpijską z Londynu oraz złotą medalistką MŚ w 2009 roku, Anitą Włodarczyk rozmawia Tomasz Więcławski. Co się czuje, gdy jest się tak utytułowaną zawodniczką, a przez wiele kolejek mistrzostw Polski drży się o złoty medal?
Walczyłam dziś sama z sobą. Niestety, nie ma obecnie w kraju dziewczyn na moim poziomie sportowym. Musiałam wykrzesać z siebie maksimum motywacji. Mnie nakręcają wyzwania, więc im lepsze rzuty rywalek, tym łatwiej mi o dobry wynik. Wtedy jestem w pełni skoncentrowana i nastawiona na walkę do upadłego. Taki mam charakter. Ostateczny wynik, blisko 77 metrów i złoty medal, to jednak satysfakcjonujące podsumowanie występu w Toruniu.

Jest szansa, że polski żeński młot będzie się rozwijał? Dysproporcja między pani najlepszymi wynikami a resztą krajowej czołówki jest jednak spora?
To przepaść. Asia Fiodorow, która w zeszłym roku rywalizowała razem ze mną w finale Igrzysk Olimpijskich, w tym roku miała ogromne problemy zdrowotne. Jej srebrny medal na mistrzostwach Polski jest ogromnym sukcesem. Cieszę się jej szczęściem. Wróciła bowiem do treningów po kilku miesiącach. Gdyby była w pełni zdrowia, to byśmy mogły porywalizować. A tak o zaciętą walkę było trudno. Mówię to bez cienia pychy, bo bardzo leży mi na sercu rozwój naszej dyscypliny.

A z pani zdrowiem wszystko jest ok?
Dzięki Bogu, tak.

Dziewczyny w tym roku rzucają na świecie całkiem nieźle. Walka na mistrzostwach świata w Moskwie może być bardzo zacięta. Celem jest zapewne złoty medal. Znów szykują się zawody z rekordami świata?
Trudno powiedzieć. Jest kilka dziewczyn, które będą chciały sprzątnąć mi medal sprzed nosa. Nie zabraknie emocji, a rywalizacja pewnie rozegra się na centymetry. Dla widzów tym lepiej. Ja sama też się cieszę, bo zdecydowanie wolę startować w zawodach, gdzie o wyniku decydują różnice paznokci niż metrów.

O co nasza reprezentacja w stolicy Rosji może powalczyć?
Ciężko będzie powtórzyć sukces z Berlina, gdzie było sporo medali. Jeżeli przywieziemy z MŚ pięć krążków, to będzie to duże osiągnięcie.

Jest już pani doświadczoną zawodniczką. Jak z pani perspektywy wygląda szkolenie lekkoatletów w naszym kraju? W wielu konkurencjach nie widać następców mistrzów. Jest kilka perełek, a potem rów mariański za nimi…
Młodzieżowcy zdobywają jednak sporo medali w zawodach juniorskich. Nie jestem wewnątrz tego systemu, by móc go oceniać. Rzeczywiście, jest w wielu konkurencjach luka pokoleniowa. Nie można jednak wszystkiego zwalić na system szkolenia.

Afera dopingowa znów kładzie się cieniem na całe środowisko.
Dobrze, że WADA z tym walczy. Dzięki wprowadzeniu paszportów biologicznych możliwe jest eliminowanie osób nieuczciwych. Nie ma świętych krów i każdy musi się dostosować do obowiązujących przepisów.

Kontrole po zawodach, w trakcie zgrupowań czy treningów, nie są pewnie jednak najbardziej komfortową sytuacją?
Oczywiście, ale trzeba to zaakceptować. Ta walka jest dobrym objawem. Sport musi być czysty.

Liczba wpadek świadczy o tym, że system jest coraz szczelniejszy?
Paszport biologiczny ułatwia odpowiedzialnym za to instytucjom pracę. Wyłapywanie dopingu cieszy, chociaż obciąża całą dyscyplinę. Zawodnik ze światowego topu nie ma obecnie szansy na uniknięcie kontroli. Nie interesuję się dopingiem, więc jestem średnio rozeznana w temacie (śmiech).

Która z zawodniczek ze światowej stawki jest pani najbliższą koleżanką? Poza rywalizacją jest miejsce na przyjaźnie?
Świetnie dogaduje się Tatianą Łysenko czy Yipsi Moreno z Kuby. To bardzo pozytywne postacie. W naszym środowisku zawsze jest wesoło. Darzymy siebie wzajemnie dużą sympatią, bo każda docenia trud rywalki. Ale to tylko sport i rywalizacja jest na stadionie. Relacje koleżeńskie są na porządku dziennym.

Anita Włodarczyk udzieliła tego wywiadu przed wylotem na Mistrzostwa Świata w Rosji.