Artur Andrus: Świata nie naprawię

– Kiedyś przejęzyczyłem się na antenie i spytałem Piotra Bukartyka o to, czy nie ma problemów z orgazmem. Chodziło o jego piosenkę, a zabrzmiało jak pytanie z brukowca. Przypadkowo rozśmieszyłem słuchaczy, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nie jestem satyrykiem, a jedynie rozśmieszaczem – przyznaje w rozmowie z Łukaszem Piecykiem Artur Andrus.



W tym roku minęło 20 lat od momentu, gdy na stałe zagościł pan w ekipie Trójki. Przez te dwie dekady rozgłośnia przechodziła różne perturbacje. Miał pan w tym czasie moment kryzysu?

Faktycznie, trochę czasu spędziłem na Myśliwieckiej, jako współpracownik byłem tam wcześniej, więc to nawet ponad 20 lat, ale nigdy nie przeszłoby mi przez myśl, żeby opuścić rozgłośnię. Ale był taki czas, kiedy myślałem, że to Trójka chce się mnie „pozbyć”.

Za czasów, gdy program Trzeci dryfował w stronę politycznego zaangażowania?

Była taka sytuacja, że zepchnięto mnie na nocne godziny, ograniczając kabaretowe audycje do minimum. Mimo wszystko nie bolało mnie to, bo zawsze robię to, co się da. Wyznaję zasadę, że nowy szef to nowe zasady i do wprowadzania takich ma prawo. Chociaż budziło to jakieś obawy, kiedy z ust szefa się słyszało, że ramówkę trzeba dopasować do kalendarza politycznego. Wolałbym kulturalnego, literackiego, kabaretowego czy muzycznego. Polityczny na końcu. Na szczęście tym najbardziej szalonym pomysłom Trójka się oparła.

Czemu rozgłośnia zawdzięcza swoją stabilność?

Różnorodności. Na przykład próba skierowania programu w stronę radia bardzo rozpolitykowanego musiała się skończyć źle. Nam jest potrzebny miszmasz. Trochę słowa, trochę muzyki, rozrywki i powagi. Wszystko w odpowiednich proporcjach.

W tym roku obchodziliśmy także 25. rocznicę częściowo wolnych wyborów. Przed 1989 rokiem twórcy kabaretów skupiali się na sprzeciwie wobec ówczesnej władzy, a ich skecze wspominamy do tej pory. Czy teraz możemy mówić o kryzysie polskiego kabaretu?

Na pewno podział był wyraźniejszy. Wiadomo było kto to my, a kto oni. Teraz nie ma jednoznacznego kierunku, który można by obrać w satyrze. Dzisiejsi twórcy często odpuszczają formę swoich dzieł, jest im czasami za łatwo stworzyć skecz. Teraz łatwo powiedzieć żartobliwie i wprost, że ktoś jest głupi, co i tak rozbawi publiczność. Autor skeczu w okresie PRL-u musiał się intelektualnie nagimnastykować. Tekst musiał być zaakceptowany przez cenzora i jednocześnie w pełni rozumiany przez widza. Trzeba było tworzyć misterne aluzje i szukać ciekawej formy. Dzięki temu wiele z tych utworów przetrwało próbę czasu. Nawet bez kontekstu śmieszą. Świetnym przykładem jest „Po co babcię denerwować” Wojciecha Młynarskiego.

Można by powiedzieć, że takie czasy…

Nie tylko to. Kabaret to zjawisko na pograniczu sztuki, rozrywki i towarzyskiej zabawy. Obserwując polską scenę kabaretową, czasem mam wrażenie, że w twórczości współczesnych kabareciarzy jest tylko ten ostatni składnik.

W trójkowej „Akademii Rozrywki” wciąż jednak stara się pan przekonać młodych do zaufania eterowi.

Wiadomo – nie zagwarantujemy im rozpoznawalności, którą zapewnia telewizja, ale radio wciąż ma kilka atutów, m. in. jest prostsze technicznie i pozwala na szybsze dotarcie do odbiorcy, gdyż monolog napisany rano popołudniu może pojawić się już na antenie. No i co jest pokrzepiające – młodzi twórcy zauważają, że publiczność radiowa, mimo że mniejsza liczebnie, jest wierniejsza.

W pana przypadku przewagę radia nad telewizją widać chyba najlepiej dzięki piosence „Cyniczne córy Zurychu”. Utwór powstał ponad rok temu na potrzeby telewizji, ale to właśnie dzięki eterowi wielu słuchaczy usłyszało o potępianiu w czambuł. Jakim cudem?

Rzeczywiście długo docierała do ludzi. Wszystko zaczęło się od przygotowania tej piosenki do programu telewizyjnego „Dzięki Bogu, już weekend”. Zagrałem to także na festiwalu w Opolu i na małej scenie zeszłorocznego Przystanku Woodstock. Później Marcin Łukawski zaproponował, żeby pojawiło się to w audycji „Zapraszamy do Trójki”. Twierdził, że słuchacze zobaczyli w telewizji i proszą o wersję radiową. Ot, miał to być jednorazowy wybryk w formie żartu prosto z Opola, bo to jedyna nagrana wersja, która dysponowaliśmy. Za sprawą Piotra Barona i Marka Niedźwieckiego trafiło to na „Listę Przebojów Trójki”. Czy chcę, czy nie – święci tryumfy. Ale oczywiście lepiej, że święci niżby miało nie święcić.

A nie chciał pan, żeby ten utwór poznała szersza publiczność?

Wolałem nie wypuszczać tak bardzo tej piosenki, bo miała się znaleźć na najbliższej płycie, którą jesienią będziemy nagrywać. Być może pojawi się wiosną. Mówię, że być może, bo mamy taki komfort z zespołem, że nikt nie stoi nad nami z batem i nas nie pogania. Sami zdecydujemy, czy płyta już jest gotowa, czy nie.

O co pana żaden dziennikarz jeszcze nie zapytał?

Chyba o to, jak się czuję. Prozaiczne, ale prawdziwe.

Gdy podobne pytanie zadałem Marii Czubaszek, powiedziała mi, że nikt nie pytał ją o to, jaki ma rodzaj orgazmów.

To w sumie także nigdy nie padło w żadnej rozmowie. Niemniej orgazm jest powodem jednej z mojej wpadek… radiowych. Kończyliśmy audycję z Piotrem Bukartykiem. Ostatnią piosenką miało być „Każdy ma prawo do orgazmu”. Było mało czasu na rozmowę, musieliśmy zmieścić się w kilku sekundach z zapowiedzią. Chciałem wtedy zagadnąć Piotra, czy nie miał przez tę piosenkę problemów, czy nikt nie protestował przeciwko takim odważnym tematom. I nagle słucham co ja mówię: Teraz piosenka „Każdy ma prawo do orgazmu”. Nie miałeś z tym nigdy problemu? Bukartyk zamiast pomóc mi wyjść z tej kłopotliwej sytuacji jeszcze mnie pogrążył mówiąc, że nie i niedługo nawet zostanie ojcem.

Lista pana profesji jest długa. Satyrykiem jest pan oficjalnie, ale sam pan przyznaje, że jest pan rozśmieszaczem. Jaka jest różnica?

Ten pierwszy mimo żartobliwego charakteru swoich wypowiedzi porusza tematy ważne i próbuje wpływać na rzeczywistość. Ja natomiast zajmuję się banałami, sprawami błahymi i wystarczy mi, aby słuchacza rozweselić. Świata te moje piosenki raczej nie naprawią. Mam nadzieję, że też bardziej nie zepsują.