Bizancjum płonie… i trwa [felieton]

Przemysław Termiński, Senator RP (fot. Łukasz Piecyk)

Na przestrzeni wieków Bizancjum i jego perła w koronie, Konstantynopol, wielokrotnie stawały na krawędzi upadku. Zanim ten ostatecznie nadszedł – w 1453 r. za sprawą Imperium Osmańskiego – cesarze, stratedzy, generałowie i wielkie rody bizantyjskie niemal od samego początku (rok 306) prowadzili gry dyplomatyczne, wielokrotnie ratując swoje ziemie przed katastrofą. Oprócz silnej armii stawiano na spryt dyplomatów, przekupstwo ościennych plemion i taktyczne zwroty negocjacji. W Bizancjum myślano niezwykle długofalowo i z najbardziej poważnymi partnerami, np. Wenecją, tworzono silne więzy, wysyłając do zamążpójścia panny ze swoich największych książęcych rodów.  

J
eżeli teraz zobaczymy, co wyprawia dyplomacja rządu PiS, to ręce opadają. Nie dość, że w sytuacji zagrożenia nie byłaby w stanie wykazać się sprytem, to jeszcze w czasach stabilności sami swoją polityką zagraniczną niszczymy nasz wizerunek, tracąc kolejnych sojuszników 

Od kilku dni jesteśmy w oku dyplomatycznego cyklonu z powodu przyjęcia nowej ustawy
 o IPN. W nowym brzmieniu poddaje się karze grzywny lub karze do 3 lat publiczne i wbrew faktom przypisywanie narodowi polskiemu odpowiedzialności za popełnione przez III Rzeszę zbrodnie. Uważam, że w innych warunkach takie uregulowanie prawne dałoby nam solidną podstawę do walki z próbą wplątywania Polaków w odpowiedzialność za HolocaustFakty są jasne – za systemowym pogromem Żydów stały hitlerowskie NiemcyPoza tym również historia jest tu „po naszej stronie”. Polskie Państwo Podziemne, Armia Krajowa i inne organizacje bojowe nigdy nie podjęły działań przeciwko Żydom. Nigdy również nasze instytucje państwowe nie poszły na współpracę z okupantem. Nie było u nas scenariusza rządu Vichy we Francji czy UPA na Ukrainie.  

Skąd zatem ta miejscami paniczna reakcja dyplomatów Izraela czy USA? 
Zabrakło przede wszystkim właśnie takiego sprytu pisowskiej dyplomacji. Nie namawiam oczywiście prezesa Kaczyńskiego do wydawania posłanek PiS za dyplomatów z Izraela czy Niemiec – jak w przypadku Bizancjum, ale nie przygotowano międzynarodowego gruntu pod te przepisy. Znając wrażliwość Izraela na wszelkie aspekty historyczne, należało powołać zespół naukowców, który zająłby się dopracowaniem tekstu ustawy akceptowalnej przez obie strony. Trzeba było uprzedzić dyplomatów USA o planowanej zmianie. Powołać się na konieczność ochrony prawdy historycznej i naszej racji stanu. Trzeba było wreszcie dopilnować raczkującego politycznie premiera Morawieckiego i jego ekipę, żeby nie strzelali gafy z tłumaczeniem filmu na YouTube, w którym orędzie premiera zawierało stwierdzenie „polskie obozy śmierci” (sic!). Mam tylko nadzieję, że w tym przypadku sprawdzi się przysłowie, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Bizancjum się udawało…