Był spadochroniarzem brygady Sosabowskiego. Bardziej cenią go za granicą niż w Polsce

Podczas II wojny światowej niewielu było lepszych żołnierzy od tych z brygady spadochronowej generała Stanisława Sosabowskiego. Niektórzy wrócili do komunistycznego kraju, który nie zamierzał ich docenić. Alfons Wiligalski z Pigży niedawno skończył 90 lat. Z historii jego życia można by napisać książkę albo nakręcić film. Niewielu udało się uciec z armii niemieckiej. Wermacht nie patyczkował się z dezerterami. Polacy nie chcieli jednak strzelać do swoich rodaków. Wśród mężnych żołnierzy, którzy przedostali się do sił alianckich, był nasz krajan.

– Tata swoje przeszedł – mówi syn Alfonsa Wiligalskiego, Antoni. – Nigdy wiele o wojnie nie opowiadał. Nikt z nas i tak za dużo by z tego nie zrozumiał. To dla nas niepojęte doświadczenie.

Ojciec „spadochroniarza Sosabowskiego” miał dwie żony. Pierwsza zmarła. Miał z nią dwie córki. Ożenił się kolejny raz i urodziły mu się znów dwie dziewczynki. Piąty w kolei urodził się syn. Szczęśliwy ojciec poszedł do szynku, a stamtąd zarejestrować dziecko. Tak z Alfreda pociecha stała się Alfonsem. Losy sędziwego dziś pana obfitowały jednak w historie mniej humorystyczne.

– Kiedy Niemcy weszli do Polski, to cała nasza rodzina trafiła do obozu do Jabłonowa – mówi cichym głosem Alfons Wiligalski. – Żeby uratować mnie i moje rodzeństwo ojciec podpisał tzw. „trzecią grupę” i mogliśmy czasowo wrócić do domu. Potem okazało się, że nie na długo. Za to generał Sosabowski był dla nas jak ojciec. Ile było w nas ducha, ile sił do walki – o Polskę, o wolność…

Spadochroniarze z 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej skakali z amerykańskich samolotów Dakota. Kiedy przypomina się o tym byłemu żołnierzowi, delikatna duma rysuje się na jego sędziwej twarzy. Do dziś ma swoich zbiorach odznakę spadochroniarską. Pamiątki pozwalają mu przypomnieć sobie historie sprzed blisko 70 lat. Kryptonim, pod którym walczył, brzmiał „Jarząbek”

Rodzina Wiligalskich mieszkała w Pigży od 1927 lub 1928 roku w małym osiedlu wiejskim – „poniatówce”. Z Jabłonowa, gdzie zabrali ich Niemcy na początku wojny, wrócili do Pigży. Po roku czy dwóch Niemcom brakowało już siły roboczej i wojskowej. Siostry Alfonsa Wiligalskiego trafiły na roboty przymusowe do Rzeszy. Ojca do wojska już nie wcielono, ale ten los czekał jego i brata Zygmunta. Co ciekawe, temu też udało się uciec z szeregów niemieckich. Różnica polega na tym, że trafił on na front „włoski”.

W wojsku niemieckim żołnierz rodem z Pigży spędził kilka miesięcy. W 1943 roku podjął, jak się później okazało udaną, próbę ucieczki. Wojsko polskie na zachodzie nie wcielało jednak wszystkich „z marszu”. Najpierw trzeba było udowodnić, że nie jest się szpiegiem. Przeszkolenie i broń dostawało się dopiero później.

Z Londynu przysłali po wojnie zdjęcia, które pozwoliły wzbogacić rodzinne archiwum. Medal od króla angielskiego za walkę w obronie Imperium dumnie świeci w domowej gablocie. Odznaczenie weterana II wojny światowej, to kolejna brytyjska pamiątka. Polskich medali próżno szukać.

– Wróciłem do Polski w 1947 roku – mówi Alfons Wiligalski. – Proponowali mi, żebym został na wyspach, ale przecież miałem tu rodzinę – ojca, matkę i rodzeństwo. – Musiałem wrócić do kraju. Zaraz wezwali mnie na spotkanie do nowopowstających sił zbrojnych polski ludowej. Nasłuchałem się tam od „pierd….. ch andersowców”. My – żołnierze walczący na froncie zachodnim – nie byliśmy dla nich patriotami. Wielu i tak spotkał dużo gorszy los. To, że nas nikt nie doceni, było jasne.

Spóźnił się niewiele. Ojciec zmarł kilka tygodni przed jego powrotem .W okresie PRL-u nie chcieli go nawet przyjąć do ZBOWID- u.

– Po 1989 roku zmieniła się władza i tata otrzymał w końcu wyższe świadczenia emerytalne – mówi Antoni Wiligalski. – Chociaż tyle, bo o wielkich wyróżnieniach nie było mowy.

Niejako z urzędu demokratyczna Polska podwyższyła Wiligalskiemu stopień wojskowy.

– Ojciec mógł mi zrobić w końcu musztrę – mówi syn żołnierza walczącego na froncie zachodnim. – Do tego czasu to ja miałem w rodzinie najwyższy stopień wojskowy. Chociaż front widziałem jedynie na filmach.

Dziewięćdziesięcioletni staruszek nie chce opowiadać wojennych historii. Wiele już zapomniał, chociaż oczy pozostały mu bystre. Niejednokrotnie ma przed oczyma wojnę jak żywą. Wie jednak, że nam niewiele to powie. Żal, że o nim też niewielu wspomniało.