Były uczeń Zespołu Szkół w Gronowie zginął w Holandii. Jego ojciec nie może zrozumieć co się stało

Kula wystrzelona z policyjnego pistoletu zatrzymała się w jego ciele. Lekarze nie mieli szans w walce z uciekającym czasem. Strzał był precyzyjny. Ojciec Grzegorza nie może powstrzymać łez, gdy mówi o swoim pierworodnym. Wychowawczyni ze szkoły też jest zszokowana. Chłopak nie był bandziorem. Mieszkaniec naszego regionu zmarł w szpitalu w Venlo w Holandii. Według informacji tamtejszej policji miał zachowywać się agresywnie. Z relacji wynika, że zaczepił jednego z przechodniów pytając o ogień. Usłyszał odmowę. Wówczas Polak miał wyciągnąć nóż. Wystraszony człowiek schronił się w swoim domu. Natychmiast wezwał policję. Patrol pojawił się na miejscu bardzo szybko. Grzegorz miał wymachiwać nożem w kierunku funkcjonariuszy. Ci nie czekali długo. Strzelili. Raz. Chłopak nie zginął na miejscu. Zmarł w szpitalu.

Bandzior z Kowalewa?

– Mój syn nie był bandytą – mówi Stanisław Rumiński, ojciec zastrzelonego chłopaka. – Pojechał za granicę zarabiać na godziwe życie. Teraz już nigdy nie usłyszę jego głosu. Czy ktoś chociaż powie mi, co naprawdę się tam stało?

Krew zalewała wszystkie narządy. Była ciepła i tak szybka. Za szybka dla igły i nitki. Nie mogli zacerować dziury po kuli.
Nauczycielka z Zespołu Szkół w Gronowie, która była wychowawczynią chłopaka, dowiedziała się o tragedii będąc w Niemczech. Do dziś nie może w to uwierzyć.

– On absolutnie nie odbiegał od normy, jeżeli chodzi o młodzieńcze wyskoki – mówi Maria Wojciechowska. – Był sympatycznym łobuziakiem, ale nie typem pakera czy gangstera. Nie kojarzy mi się z niczym negatywnym.

Nie doczekał urodzin

Grzegorz miał obchodzić niedługo 23 urodziny. Był drobnej postury, miał jasną i pogodną twarz. Bystre oczy i mądre spojrzenie, to odróżniało go od rówieśników.

– Zapamiętałam jego lekko pofalowane, jasne włosy – dodaje wychowawczyni. – Ogromnie szkoda człowieka. Nie mogę dojść do siebie po tej informacji. Na pewno będziemy rozmawiali z gronem pedagogicznym, bo nie da się ot tak, przejść obojętnie obok tego dramatu.
Cisza. Tak głośno rozległa się na sali operacyjnej. Można było od jej decybeli postradać zmysły. Nikt jednak nie krzyczał. Ojciec oglądał w domu, kilka tysięcy kilometrów stamtąd, telewizję. Pił poranną kawę. Potem wyszedł na podwórko. Nieświadomy, pogodny, ale jakiś niespokojny.

Mieszkaniec Kowalewa Pomorskiego szkołę w Gronowie kończył kilka lat temu. Chciał zarobić na lepsze życie w Polsce. Planował wrócić do kraju. Pracownicy polskiej ambasady nieoficjalnie potwierdzają informację o tym zdarzeniu. Mówią o mieszkańcu kujawsko-pomorskiego.

Z ziemi holenderskiej do Polski

– Zabili mojego chłopaka na obcej ziemi – mówi szlochając Stanisław Rumiński. – Czemu, jeżeli chcieli go obezwładnić, nie celowali w nogi? Do obywatela Holandii również by strzelili bez mrugnięcia okiem?

Żona mieszkańca Kowalewa zmarła 8 lat temu. Sam musiał wychowywać trójkę dzieci.

– Po ukończeniu szkoły średniej nie było dla niego w naszym kraju pracy – mówi ojciec. – Miał na obczyźnie niezłą pracę, do 7 euro za godzinę. Nie był złodziejem czy ćpunem. Na pewno nie handlował też żadnym „gównem”.

Wychowawczyni nie wierzy do końca w oficjalną wersję zdarzeń.

– To był fajny chłopak – może łobuziak, ale bardzo sympatyczny – mówi Maria Wojciechowska. – Jeżeli to, co możemy znaleźć w mediach jest oficjalnym stanowiskiem policji, to nie sądzę, że cokolwiek już się zmieni. A chłopaka rodzinie i jego przyjaciołom nikt nie wróci.

Ojciec jak codziennie nabrał świeżego powietrza w płuca przed domem. Syn już oczu nie otworzy. Tata poszedł do sklepu po bułki. Dla jedynie dwóch synów.