Czego się boimy, czyli gusła i zabobony ziemi chełmińskiej

Jeśli będąc w ciąży, spojrzysz przez dziurkę od klucza – urodzisz dziecko zezowate. To tylko jeden z dziesiątków zabobonów, jakie funkcjonowały niegdyś na naszych terenach (fot. ilustracyjne)

Przed laty zabobonów było na ziemi chełmińskiej co niemiara. Czarny kot, pęknięte lustro, kominiarz, podkowa. Napotkany mężczyzna był wróżbą pomyślną, kobieta – wręcz przeciwnie. Dziś w podobne przesądy nikt już nie wierzy. Chyba trochę żal. 

Lista zabobonów, w jakie wierzyli nasi przodkowie, jest długa. Obrastały nimi zwłaszcza ważne wydarzenia życiowe. 

Weźmy choćby przesądy związane z narodzinami. Jeśli kobieta przestraszyła się w ciąży myszy, to później dziecko miało na skórze znamię w postaci „myszki”. Jak przestraszyła się ognia – dziecko miało na skórze czerwoną plamę. Jak wieszała w ciąży pranie i chodziła pod sznurami z bielizną, to dziecko rodziło się martwe, uduszone pępowiną. Jeśli w stanie błogosławionym spojrzała przez dziurkę od klucza, dziecko rodziło się zezowate. 

Inne zabobony związane były ze ślubem i małżeństwem. Jeśli na ołtarzu w czasie ślubu świece migały zbyt mocno, małżeństwo kłóciło się całe życie. Jeśli dym tychże świec snuł się w stronę młodej pary, któreś z nich szybko umierało. Jeśli w czasie ceremonii młodzi nie stali bardzo blisko siebie, wciskał się między nich zły duch, który potem mieszał im w małżeństwie. Jak panna młoda, wracając od ołtarza, trzy razy obiegła męża dookoła, to później o wszystkim decydowała. Podobnie jeśli po nocy poślubnej założyła spodnie męża. Jeśli chciała na pewno być szczęśliwa, musiała włożyć sobie w ślubny bucik kłos zboża. 

Równie duża grupa przesądów towarzyszyła śmierci. 

Pies wył, ponieważ widział duszę zmarłego. Z tego samego powodu kura piała jak kogut. O niektórych ludziach wiedziano już za życia, że po śmierci wrócą, żeby szkodzić żywym. Byli po prostu złośliwi i wredni. Albo mieli zrośnięte brwi. Jak po śmierci zmarły miał czerwoną twarz albo długo nie sztywniał – to taki też wracał. Wstawał z grobu, aby zabrać kogoś ze sobą. Jak się kto obejrzał za siebie na pogrzebie, na grób dopiero co zmarłego, to wkrótce do niego dołączał. 

– Mój ojciec opowiadał, że przed wojną po Złotorii jeździła bryczka zaprzężona w czarne konie, którą powozili masoni w czarnych cylindrach – mówi Barbara Adamska, 87-letnia mieszkanka Złotorii. – Obok biegły ogromne psy. Cała ta kompania zabierała ze sobą ludzi na tamten świat. I mówił o tym śmiertelnie poważnie. Dziś na taką opowieść moje wnuki by mnie wyśmiały. 

W przesądy wierzono nie tylko od święta, ale i na co dzień. I tu pomysłowość naszych przodków była niewyczerpana. 

Szczególne znaczenie posiadał na przykład kolor czerwony. Była to barwa ochronna, która strzegła przed demonami. Czterolistna koniczyna przynosiła szczęście. Zbite lustro – wręcz przeciwnie: 7 lat nieszczęścia. Jak kto napotkał kominiarza, to mógł liczyć na pomyślność, pod warunkiem że trzymał się za guzik tak długo, póki nie zobaczył mężczyzny w okularach. Z kolei przejście pod drabiną oznaczało nieszczęście (przesąd na pamiątkę tego, że niegdyś na drabinie wieszano skazańców). Napotkana kobieta była złą wróżbą, mężczyzna – dobrą. Kiedy rybacy wypływali na połów i po drodze nad jezioro spotkali kobietę – od razu wracali, bo wiadomo było, że tego dnia niczego nie złowią. Napotkany mężczyzna zwiastował połów obfity. No i oczywiście czarny kot. Ten miał konszachty z diabłem i czarownicą. Jeśli podejrzewano, że w pomieszczeniu mogą przebywać złe moce, to wpuszczano tam kota i wierzono, że ściągnie on na siebie całe zło. Potem go zabijano, by wraz z nim zniszczyć demona. Z kolei krew czarnego kota uważano za lek. 

Od wieków wierzono również w magiczną moc snów. Zwłaszcza proroczych. Jak we śnie wypadały zęby – śmierć była pewna. Jak tylko bolały – umierała bliska osoba. Śnił się ogień – na pogodę. Nieboszczyk – na deszcz. Mięso – na chorobę. I tak dalej, i tak dalej… 

– Przesądy były odpowiedzią na lęk przed nieznanym – mówi Hanna Łopatyńska, etnograf, kustosz działu folkloru Muzeum Etnograficznego w Toruniu. – Wynikały z wiary, że można wpłynąć na złe moce, ułagodzić je, przeciągnąć na swoją stronę. By stały się nam przychylne. 

– Kiedyś zabobony były na porządku dziennym – mówi Jadwiga Politowska, sołtys Kawęczyna. – Dziś młodzi ludzie już w to nie wierzą. Mają telewizję i internet. Raczej z tego szydzą. 

Innymi słowy – wierzymy w zabobony coraz mniej. 

– No pewnie, że i kiedyś byli tacy, co nie wierzyli – dodaje Barbara Adamska. – Mówiono nawet: „Kto wierzy w gusła, temu dupa uschła”. Ale to były inne czasy. Dziadek siadał wieczorem i opowiadał. Nawet chcieliśmy, żeby zmyślał, byle tylko mówił. Dziś nikt już tak nie opowiada. A co to za świat, na którym nie ma kto opowiadać baśni…