Czy w toruńskim Specjalistycznym Szpitalu Miejskim potraktowano umierającego pacjenta jak „warzywo” i „worek”? [Oświadczenie szpitala]

 

Czy w toruńskim Specjalistycznym Szpitalu Miejskim potraktowano umierającego pacjenta jak „warzywo” i „worek”? Tak twierdzi mieszkanka Młyńca. Przedstawiciele szpitala są oburzeni.

Grzegorz Jesionowski zasłabł w czerwcu przed swoim domem. Miał rozległy zawał. Umarł kilka tygodni temu w zakładzie opiekuńczo-leczniczym w Wąbrzeźnie. Jego żona twierdzi, że w Specjalistycznym Szpitalu Miejskim przy ul. Batorego traktowano go jak zbędny balast. Ratowano mu życie, ale gdy okazało się, że medycznie nie można mu pomóc, to zabrakło współczucia, zrozumienia i troski. – Chciano się go jak najszybciej pozbyć, bo blokował tylko miejsce – mówi pani Teresa.

Znów została wdową. Ma 41 lat, a jej trzy córki znów muszą przeżywać ten sam koszmar. Najmłodsza nie pamiętała śmierci taty, bo gdy umierał miała dwa latka. Śmierć ojczyma przeżyła strasznie. Dopiero teraz dowiedziała się, że „tatę” straciła po raz drugi.

– To był dla mnie szok – mówi Teresa Jesionowska. – Mój mąż był dla mnie całym światem. To był wspaniały człowiek. Zaopiekował się mną i moimi córkami, dał nam poczucie bezpieczeństwa. Nie przeszkadzało mu nawet, że nie mogłam już mieć więcej dzieci. Nigdy nie chorował i na nic się nie uskarżał. Gdy padł przede mną na podwórku, zdążyłam mu tylko powiedzieć: „nie zostawiaj mnie kochanie”.

Mieszkanka Młyńca Pierwszego opowiada, że mąż jej wysłuchał. Walczył przez ponad trzy miesiące. Lekarze na oddziale intensywnej terapii ratowali jego życie. Problem zaczął się wtedy, gdy okazało się, że nie można, z punktu widzenia medycyny, bardziej mu pomóc.

– On słyszał mnie i reagował na bodźce – twierdzi wdowa. – Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że nie miał świadomości. Chciał mi kilka razy coś powiedzieć, ale nie mógł. Choroba go zmogła, ale wiedział, co dzieje się wokół. Współpracowałam ze specjalistami z fundacji „Światło”. Przeszłam szybki kurs pomocy takim osobom. Sama się douczałam. Wiedziałam po nim jak trzeba stymulować jego mózg. Razem przechodziliśmy rehabilitację. Spędzałam przy jego łóżku 5-6 godzin dziennie w Wąbrzeźnie. A do tego pracowałam. Nie mogę jednak zrozumieć zachowania lekarzy w Toruniu.

Kobieta twierdzi, że po przeniesieniu mężczyzny z oddziału intensywnej terapii na kardiologię wyglądało na to, że nikt nie chce, żeby człowiek w tak trudnym stanie znajdował się w tym szpitalu.

– Parokrotnie dano mi do zrozumienia, żebym szybko spotkała się z pracownikiem socjalnym i załatwiła wszelkie formalności, bo przeniesienie męża do zakładu opiekuńczo-leczniczego może nastąpić lada dzień – mówi zrozpaczona kobieta. – Jak worek ziemniaków go traktowano. Często był nieogolony, a na jego ciele pojawiły się odleżyny. Pomagałam zawsze, jak tylko mogłam, pielęgniarkom. Wiedziałam, że dbanie o higienę intymną mojego męża może być dla nich i dla niego niekomfortowe, ale widziałam w jego oczach, gdy patrzył na personel, że nie jest traktowany dobrze. Rozpromieniał się, gdy ja przychodziłam. Chociaż na niektóre pielęgniarki nie można narzekać.

Tę relację opublikowaliśmy w gazecie Tylko Toruń. Dyrektor szpitala Krystyna Zaleska mówiła, że problem empatii dotyka środowiska medycznego. Nie komentowała tego przypadku, żeby chronić prawa pacjenta do ochrony danych osobowych. Teraz szpital odpowiada oficjalnie.

Treść odpowiedzi:

Na pytanie zawarte w reportażu umieszczonym w „Tylko Toruń” 16 października „Słyszał i reagował: „Czy w toruńskim Specjalistycznym Szpitalu Miejskim potraktowano umierającego pacjenta jak „warzywo” i worek?” odpowiadamy zdecydowanie NIE!!!.

W czasie zmagań o życie i zdrowie pacjenta dołożyliśmy wszelkich starań, by pomóc, w tym nie zabrakło troski o należyty szacunek. Współczujemy żonie i rodzinie zmarłego chorego, zwłaszcza, że to dla nich bolesna powtórna strata. Na bieżąco współpracowaliśmy z żoną chorego, umożliwialiśmy prawie nieograniczony dostęp do pacjenta, wspomagaliśmy w sprawach administracyjnych. Już sama długość pobytu w szpitalu wyłącznie w salach objętych najbardziej wyspecjalizowaną i intensywną opieką świadczy o zaangażowaniu zespołów leczących. Chyba odczucia rodziny nie były aż tak złe, skoro po przeniesieniu do Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego w Wąbrzeźnie żona chorego pojawiła się na oddziale naszego szpitala u pielęgniarki oddziałowej oddziału, na którym pacjent leżał i poprosiwszy o pomoc uzyskała ją. Trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś rzeczywiście uważający personel, jako zdolny do potraktowania chorego tak, jak to Pan użył w tytułowym pytaniu (nawet trudno te słowa cytować), zgłaszał się dobrowolnie, po ludzku (w dodatku nieformalnie) o pomoc. Oddziały, na których pacjent leżał powołane są do intensywnej terapii, zwykle krótkoterminowej. Pobyt chorego w szpitalu trwał kilka tygodni, choć znacznie wcześniej były wskazania do przekazania do w/w zakładu. Stąd zrozumiałe było, że rodzina została zaangażowana w proces przeniesienia (takie są wymogi administracyjne).

Cały tekst odpowiedzi Krystyny Zaleskiej, dyrektor szpitala, zostanie opublikowany w kolejnym numerze „Tylko Toruń”.