Dariusz Meller: Rocznica smutnego wyzwolenia

(fot. Łukasz Piecyk)

24 stycznia 1945 roku Armia Czerwona wkroczyła do Chełmży, 3 dni później do Chełmna, a 1 lutego do Torunia.

Jakże inne to było jednak wyzwolenie niż to z 1920 roku. I nie zmienia tego fakt, że w przestrzeni publicznej mogły się pojawić biało-czerwone sztandary, których zresztą to quasi-państwo polskie używało do końca swego istnienia.

Wkraczających Rosjan się u nas obawiano (jak się wkrótce okazało, niebezpodstawnie), choć z drugiej strony miano dość bezwzględnego terroru hitlerowskiego. Dlatego pomorscy Polacy nie ulegali propagandzie niemieckiej i nie uciekali wraz z Niemcami przed straszliwym Iwanem. Aresztowania Polaków na Pomorzu rozpoczęły się zaraz po wkroczeniu Sowietów, jednak ich apogeum przypadło na luty 1945 roku. I o ile aresztowania dokonywane przez Niemców jesienią 1939 roku miały jakąś zbrodniczą „logikę” – likwidowano klasę przywódczą: inteligencję i najbardziej patriotycznych obywateli – o tyle Rosjanie łapali ludzi najzupełniej przypadkowo. Większość spośród 1,5 tys. mieszkańców powiatu toruńskiego aresztowano w wyniku ulicznych łapanek, chociaż NKWD chodziło także po domach, często, niestety, w towarzystwie Polaków – renegatów, którzy założyli opaski MO i z najniższych pobudek (zawiść, zazdrość, itp.) wydawali swoich sąsiadów.

Według niepełnych źródeł ponad 300 wywiezionych z naszego terenu do sowieckich łagrów nie powróciło. Tych, którym udało się przeżyć te ekstremalne warunki, już na granicy informowano, że mają nawet słówka nie pisnąć, gdyż wrócą tam z powrotem. Jak tam musiało być, niech świadczy fakt, że nie mówili, mój śp. dziadek też o tym nie opowiadał. A najgorsze jest to, że na ulicach mijali potem tych, którzy ich wydali Sowietom.

Ci, którzy świętują dziś „wyzwolenie” pomorskich miast przez krasnoarmiejców, to ci sami, którzy cały czas uważają Żołnierzy Wyklętych za bandytów, a Baumana i Jaruzelskiego za bohaterów. Starszym z gatunku homo sovieticus i komunistom nawet się nie dziwię, ale są też i młodzi.