Dariusz Meller: Ten ostatni marsz

Ostatni marsz zorganizowany przez totalną opozycję po raz kolejny pokazał, jak wolnościowym i demokratycznym krajem jest obecna Polska. Przeszedł sobie ulicami Warszawy nie niepokojony przez żadne bojówki ani pikiety. Policja go dyskretnie ochraniała,nie prowokowała, nie pałowała i nie gazowała, jak to miało często miejsce przed 2015 r.

Jedna z uczestniczek marszu expressis verbis stwierdziła, że nie widzi powodu, żeby protestować, że jest to święto nas wszystkich, marsz wolności, która jest i ona ma nadzieję, że będzie. Niestety nie wszyscy tak uważali i mimo podstawionych autobusów do Warszawy się nie wybrali, uznając wbrew „cześć, to ja Ewa Kopacz”, że weekendy w naszym kraju cały czas są normalne, serdeczne i radosne, a popsuć je może jedynie nieładna pogoda.

Z relacji telewizyjnych z marszu można było też dowiedzieć się nowatorskich myśli, obalających funkcjonujące ponad dwa tysiące lat definicje, np. że rządzenie większościowe, większościowe przegłosowywanie ustaw to nie jest demokracja, tylko bolszewizm. W czasie marszu było radośnie i wesoło, śpiewano piosenki m.in. na melodię „Katiuszy”. Pierwszymi głosami byli tu smutni panowie martwiący się, że za 2 tys. zł nie sposób w Polsce wyżyć.

Przy okazji marszu poznaliśmy wreszcie program partii organizującej marsz, o co natarczywie dopytywali się w dniach go poprzedzających ludzie niedarzący tej partii sympatią. Jej przewodniczący powiedział mianowicie: „Nieprawdą jest, że nie mamy programu, że nie wiemy, co chcemy zrobić. Wiemy, jak zatrzymać rząd PiS-u i będziemy to robić”. I o to chodzi: program jest, krótki, ale bardzo treściwy, widać, że naprawdę tęgie głowy nad nim pracowały.

Jedyne, co mnie martwi, to liczący uczestników funkcjonariusze warszawskiego ratusza. Identycznie liczyli marsze organizowane przez KOD, no i czym się to skończyło. Ostatnio jest na nich tylu uczestników, że choćby nie wiem jak się ustawiło kamery, to nie idzie pokazać nawet paru, nie mówiąc już o setkach tysięcy.