Dzwoń o każdej porze dnia i nocy. Rozmawiamy z Sołtysem Roku 2017

Fot. Łukasz Piecyk

Odkąd jestem sołtysem, jeszcze się nie zdarzyło, żeby mi ktokolwiek w gminie odmówił pomocy. Tak to można pracować – mówi Iwona Owieśna, Sołtys Roku 2017 z Toporzyska, w rozmowie z Robertem Kamińskim.

Jak się zostaje sołtysem?

(śmiech) Akurat ja zostałam za namową wójta Złejwsi, Jana Surdyki. Wcześniej byłam przewodniczącą rady rodziców w szkole w Czarnowie, gdzie chodziły dwie moje córki. Wójt był często do naszej szkoły zapraszany. Widział, że dużo się tam dzieje. Pewnego dnia powiedział, że widziałby mnie na tym stanowisku.

Ile czasu minęło od tamtej pory?

Wybrano mnie 4 lata temu. Właśnie dobiega końca pierwsza kadencja.

„Pierwsza”, czyli będą następne?

Jeszcze nie zdecydowałam. Jednak mieszkańcy Toporzyska mówią, że nawet nie chcą słyszeć, że nie będę kandydować na następną kadencję.

Jak zdobyć takie poparcie? Czy istnieje jakaś jedna recepta na to, by zyskać zaufanie ludzi?

Rzeczywiście: moja współpraca z ludźmi układa się znakomicie. Recepta? Nie wiem… Może to, że nie konkuruję… Nie rywalizuję. Staram się do nich zbliżać. Myślę, że generalnie ludzie bardzo ciężko pracują. Po pracy chcą się więc relaksować, bawić, a nie ze sobą konkurować.

Odkąd przejęła pani w ręce „władzę”, w sołectwie zaczęło się znacznie więcej dziać.

Chyba tak to wygląda. Poprzednio mniej się angażowano. Było mniej imprez. Teraz staramy się, by działo się jak najwięcej. Wymaga to oczywiście współpracy ze wszystkimi „zainteresowanymi” organizacjami.

Z włączeniem do udziału KGW w Toporzysku nie ma pani chyba problemów?

Oczywiście, że nie – jestem jego przewodniczącą (śmiech). Ważne jest jednak to, że również pozostałe jednostki chętnie przy organizowaniu imprez uczestniczą: Urząd Gminy, OSP i inne. W tym miejscu chciałabym podkreślić jedną istotną rzecz: odkąd jestem sołtysem, ilekroć zwracałam się do kogokolwiek z włodarzy o pomoc, nie zdarzyło się jeszcze, by mi odmówiono. Czy to wójt, wicewójt, którykolwiek z radnych czy ktokolwiek z OSP. I nie ma znaczenia, czy chodzi o organizację dużego festynu, czy naprawę oświetlenia w świetlicy. Zawsze słyszę: dzwoń o każdej porze dnia i nocy. Tak to można pracować… Do tego należy dodać wiele osób prywatnych, które włączają się w pomoc, jak na przykład nieoceniony Jacek Rutkowski, prezes firmy MAT-BUD. Gdy ma się dookoła siebie takich ludzi, praca społeczna na rzecz naszej małej ojczyzny staje się wielką przyjemnością i niesie ze sobą ogromną satysfakcję.

Czyli kiedy zgłoszono panią do konkursu na Sołtysa Roku, była pani pewna zwycięstwa?

O, bynajmniej. Wcale się tego nie spodziewałam. Urząd Gminy zgłosił moją kandydaturę. Musiałam przedstawić 4 lata swojej działalności. Ale na nic nie liczyłam, ponieważ zdawałam sobie sprawę, że są kandydaci ze znacznie większym doświadczeniem i dłuższym stażem ode mnie. Tym większa była to dla mnie niespodzianka. Na zjazdy sołtysów przyjeżdżam od lat i nie ukrywam, że akurat ten ostatni był dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem.

Pani działalność nie ogranicza się tylko do społecznej. Prowadzi pani również własną firmę i działa na wielu innych płaszczyznach. Czy takie zaangażowanie nie odbywa się czasem kosztem rodziny?

Wszystko zależy od odpowiedniej organizacji pracy. Trzeba mieć plan i go konsekwentnie realizować. Działalność społeczna nie oznacza wcale mniej czasu dla rodziny, o ile bliscy nas w tych działaniach wspierają i sami w nich uczestniczą. Tak właśnie jest w moim wypadku, z czego – nie ukrywam – bardzo się cieszę. Powiem tak: jak się chce – wszystko da radę.