Elsner: „Zabrakło sportowego fartu. Ale i tak sukces jest ogromny”

Wicemistrzowi świata z Łubianki na drodze do złota stanęli Niemcy. A zwycięstwo było naprawdę o włos, fot. Łukasz Piecyk

Z Krzysztofem Elsnerem z Łubianki, wicemistrzem świata w futbolu 6-osobowym, które odbyły się we wrześniu w stolicy Portugalii, rozmawia Robert Kamiński.

Czy zdobycie wicemistrzostwa świata w futbolu 6-osobowym mniej cieszy niż to w „normalnym” 11-osobowym?

– Sukces jest sukcesem, choć oczywiście kaliber jest zupełnie inny. Piłkę nożną narodowej reprezentacji obserwują miliony kibiców przed telewizorami, nas znacznie mniej, i to tylko na żywo. Pozostałe elementy są bardzo podobne: mamy prawo do noszenia orła na piersi i używania symbolu flagi narodowej. Sportowo walczymy tak samo, oddając drużynie narodowej całe serce.

To pierwszy aż tak spektakularny sukces tej kadry.

– Tak. Jak dotąd braliśmy udział w trzech mistrzostwach Europy. Jednak nasze największe osiągnięcie to ćwierćfinał tychże mistrzostw. Na mistrzostwa świata pojechaliśmy po raz pierwszy i od razu udało się sięgnąć po srebro.

Jak układał się wam ten turniej?

– Rozgrywki są bardzo podobne do tych, jakie odbyły się niedawno w Rosji. Zakwalifikowały się do nich 32 drużyny. Stosunkowo łatwo udało się nam wyjść z grupy, w której mieliśmy za przeciwników Oman, Tunezję i Słowenię. Wygraliśmy z nimi wszystkie mecze. W 1/8 trafiliśmy na Chorwację. I tu już spacerki się skończyły. Wygraliśmy dopiero po serii rzutów karnych. W ćwierćfinale czekał nas bój z Anglikami. Wygraliśmy 3:1. A w półfinale przyszło zagrać z Portugalczykami. Wiadomo, jak się gra z gospodarzami. Udało się ich pokonać 2:1. Strzeliliśmy bramkę dosłownie w ostatniej sekundzie meczu. Kibice byli już pewni, że dojdzie do rzutów karnych. Stało się jednak inaczej. Na szczęście.

Kibice gospodarzy wkurzyli się mocno?

– Cóż, pewnie się rozczarowali. Nikt nie lubi przegrywać. Trzeba powiedzieć, że akurat na tym półfinałowym meczu liczba kibiców z Polski była porównywalna do liczby Portugalczyków. Czuło się jednak, że to już półfinał.

No i na deser Niemcy. Kraj, któremu od zawsze mamy coś do udowodnienia.

– Na finale z Niemcami atmosfera była wspaniała. Niemieckich kibiców też było sporo, choć polscy przeważali. Niestety przegraliśmy 0:1. Ten mecz, choć nie chcę być nieskromny, był bardzo nieuczciwy. Wręcz niesprawiedliwy. Przeważaliśmy przez cały czas, cisnęliśmy od początku. Przyszło niestety przegrać. Stara prawda piłkarska mówi, że jak się nie wykorzystuje okazji, to się to mści. 4 minuty przed końcem straciliśmy przypadkową bramkę. Nie zdążyliśmy już jej odrobić. Puchar pojechał do Niemiec.

Czy podobnie, jak to jest w futbolu 11-osobowym, Niemcy nie przebierali w środkach? Dużo faulowali?

– Owszem, grali siłowo, choć szczerze mówiąc, myślałem, że będzie jeszcze ostrzej. Jednak przede wszystkim nastawili się na defensywę i murowanie swojej bramki. Niestety nie potrafiliśmy tego niemieckiego muru sforsować.

Niedosyt?

– Trochę pewnie tak, bo uważam, że nie powinniśmy tego finału przegrać. Nie byliśmy drużyną słabszą. Zabrakło sportowego fartu. Ale i tak sukces jest ogromny. Jak dotąd byłem trzy razy na mistrzostwach Europy. Na mistrzostwa świata pojechałem po raz pierwszy i od razu tytuł wicemistrza świata. Nie mogę narzekać.

Jak na sukces zareagowali najbliżsi?

– Wszyscy dopingowali, cieszyli się. Są oczywiście dumni: rodzina, przyjaciele i znajomi. W czasie turnieju dostawaliśmy wiele wiadomości SMS-owych. Bardzo nam to dodawało otuchy do dalszych meczów. Ci, którzy wiedzieli, że są takie mistrzostwa, to z uwagą je śledzili na bieżąco w internecie. Najwięcej było oczywiście telefonów z mobilizacją, żeby ograć Niemców.

Wrócił pan jako wicemistrz świata do swojej rodzinnej Łubianki. Czy zamierza pan ten swój sukces przekuć w jakiś konkret? Na przykład w to, by zachęcić do uprawiania tej dyscypliny przez młodych?

– Mam nadzieję, że to wicemistrzostwo przyczyni się do tego, że nasza dyscyplina zyska jeszcze większą popularność. Co do konkretnych planów, to one pewnie już są, ale póki jestem czynnym zawodnikiem, powiem szczerze, że nie mam na to na razie czasu. W przyszłości z pewnością będę myślał o szkoleniu młodych chłopaków. Żeby zorganizować szkółkę, może nawet szkolić ich indywidualnie. Teraz ciągle jeszcze sam gram, trenuję codziennie, więc skupiam się na czymś innym. Na pewno jednak pomysły są. Nawiasem mówiąc, młodzi wspierali nas na Instagramie. Przekazywali swoje pozdrowienia. Myślę, że już w tej chwili dla wielu z nich ten sukces to duża motywacja.

Gdyby został pan ich trenerem już dziś, co by im pan powiedział na pierwszym treningu?

– Moje przesłanie byłoby proste. Brzmi ono mniej więcej tak: każdy może osiągnąć sukces. Nieważne, z jak małej miejscowości pochodzisz, jeśli ciężko pracujesz, możesz grać z najlepszymi. Każdy może grać w piłkę zawodowo.

A jak się spisywał w Portugalii wasz trener? Jego rola jest identyczna jak w piłce narodowej?

– Nasz trener Klaudiusz Hirsch to bardzo profesjonalny szkoleniowiec. Czekał na sukces długo, ale się w końcu doczekał. Teraz może się nim pochwalić i to od razu wicemistrzostwem świata. Z pewnością na nie zasłużył. Ustawiał nas taktycznie bardzo dobrze. Przygotowywał pod każdy mecz.

Rozmawiając z ekspertem, nie mogę przepuścić okazji, aby nie zapytać o przyczynę klęski naszych piłkarzy na Mistrzostwach Świata w Rosji. Starali się bardzo, wyszło jak zwykle. Dlaczego?

– Oczami zawodnika widać to tak, że jeżeli trener bezpośrednio przed samymi mistrzostwami zaczyna kombinować z ustawieniem zespołu z dwoma wahadłowymi obrońcami, którzy nie grali na tych pozycjach, to niestety to nie mogło się udać. Drużyna ustawiona została tak, jakby miała za zadanie w każdym meczu bronić wyniku 0:0. A poza tym to ciągłe trzymanie się nazwisk. Na przykład Krychowiaka, który przed mistrzostwami w swojej lidze za dużo nie grał. Nadzieje były, jednak jak się skończyło, wszyscy doskonale wiemy. Po raz kolejny te mistrzostwa pokazały, jak ogromna jest rola trenera. Dokładnie tak, jak było u nas.