Hanna Anzel: Lubicz to miejsce wyjątkowe. Zawsze głośno i otwarcie podkreślam, że jesteśmy najfajniejsi

fot, nadesłane

O dobru, zaufaniu do ludzi i o tym, jak w Lubiczu ludziom bije serce z Hanną Anzel, kandydatką na wójta gminy Lubicz rozmawia Robert Kamiński.

Panuje taka powszechna opinia, że lubi pani po prostu pomagać ludziom…

– Ja w ogóle lubię ludzi. Mam do nich zaufanie i chcę im pomagać. Choć prawdę mówiąc, nie lubię o tym mówić.

I nigdy nie przejechała się pani na ludziach.

– Bywało. Czasem boleśnie.

I nie podważyło to pani do nich zaufania?

– Wręcz przeciwnie. Niechętnych jest tak naprawdę niewielu. Z założenia każdemu, nawet temu, który mnie nie lubi, próbuję podać rękę i porozmawiać. Złość i dalsze nakręcanie się do niczego dobrego nie prowadzą. Skoro jestem samorządowcem, to muszę się godzić na to, że czasem jest niefajnie. Ale też nikt nie obiecywał, że będzie fajnie. Albo że będzie łatwo.

A co z niewdzięcznikami?

– Jak już się podjęłam, że chcę coś robić dla ludzi, to muszę być konsekwentna. To nie jest piaskownica, że jak mi się nie podoba, to zabieram zabawki i wracam do domu. Zawsze szukam porozumienia i kompromisów. Na tym polega ta praca.

Czemu w ogóle pani to robi?

– Kiedyś w życiu prywatnym ktoś bardzo mi pomógł. Kiedy naprawdę tego potrzebowałam. Zupełnie bezinteresownie ludzie otworzyli dla mnie i mojej rodziny swoje serca. I kiedy człowiek czegoś podobnego zazna, to przychodzi taki moment, że chce to dobro oddać.

Czyli dobro czynione w świecie zawsze do nas wraca?

– Tak właśnie uważam. I nikt mnie nie przekona, że świat funkcjonuje jakoś inaczej.

Co jest dla pani największą zapłatą?

– Ludzka serdeczność. Ta prawdziwa, której nie można udać.

No to pytanie z nutą szowinizmu: czy myśli pani, że jako kobieta, da pani radę być wójtem?

– Oczywiście. Jestem osobą dostatecznie silną. Zresztą to nie jest kwestia płci, ale konsekwencji w realizacji zadań. I silnej woli.

I myśli pani, że pozostali wójtowie będą panią brali poważnie?

– Chętnie odwrócę to pytanie: czy ja będę ich traktowała poważnie? Człowiek pracuje na swoją opinię całe życie. Szacunek nie ma nic wspólnego z płcią. Znajdą we mnie konkretnego i odpowiedzialnego partnera gotowego do dialogu, który nie obiecuje niczego pochopnie. Jednak jak już obieca, to z pewnością słowa dotrzyma. To wystarczający powód, by brać mnie poważnie?

Od czego, mając nieograniczone środki finansowe, rozpoczęłaby pani swoje urzędowanie?

– Od chodników, dróg i oświetlenia. Dalej byłyby sale gimnastyczne, baseny. Na samym końcu zbytki: na przykład nowy urząd.

Wójtowanie odbędzie się z pewnością kosztem wolnego czasu i rodziny. Nie szkoda pani tego?

– Ja to robię od 20 już lat. Moja rodzina zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Źle się czuję, kiedy nie działam.

Ale nie ma pani ADHD?

– Raczej nie, choć pewnie jest to jakieś wariactwo. To, że tak muszę działać. Ale motywują mnie ludzie. Czerpię z tej aktywności ogromną przyjemność.

A nie wolałaby pani rano wstać i pójść z wnukami na spacer niepomna, że na świecie są jakieś problemy?

– Ależ ja to wszystko robię. Tyle że nie wolałabym mieć tego świętego spokoju, bo ja nie umiem tak żyć. Myślę, że największą karą byłoby dla mnie życie na bezludnej wyspie. Ja muszę do ludzi. I z ludźmi.

Za co ceni pani szczególnie swoich współpracowników?

– Kiedy widzę, że też kochają ludzi. I tak być musi, o ile chcą jechać w tym samym pociągu, co ja.

Zewsząd słychać, jak kandydaci mówią: „Wybierzcie mnie, bo jestem stąd”. Co pani, która oczywiście też jest „stąd”, powiedziałaby w to miejsce?

– Że Lubicz to miejsce wyjątkowe. Kiedy wracam do mojej gminy i przekraczam jej granice, to od razu jakoś inaczej bije mi serce. Zawsze głośno i otwarcie podkreślam, że jesteśmy najfajniejsi. Cała nasza gmina. I wiele razy wójt zwracał mi uwagę, że może za często tak mówię. Że to może nieskromnie… Cóż mogę na to poradzić, skoro to prawda (śmiech).