Hodowca z Lubicza Dolnego odtwarza polski gatunek kury

Zaczynał od hodowli bażantów. Teraz odtwarza stary, polski gatunek kury – tęczankę nioskę. Jego nazwisko będzie widniało w księgach wskrzesicieli.

Marans, polbar i czubatka dworska, a zaraz nieopodal spacerujący kiściec tajwański. Takie cuda spotkamy w zagrodzie Leszka Juraszka z Lubicza Dolnego. Sam nazywa siebie cichym ekologiem. Kury potrafią gdakać, co nie wszystkim w okolicy się podoba, ale były leśnik znacznie bardziej ceni sobie naturę od ludzkiej kultury.

– Zaczynałem z dziesięć lat temu od bażantów – opowiada swoją historię Leszek Juraszek. – Dorobiłem się dziewięciu gatunków, z bażantem złocistym na czele. Kiścca tajwańskiego musiałem nawet w starostwie zgłosić, bo to bardzo rzadki u nas egzemplarz. Nie można go sobie tak po prostu mieć. Potrzebne są wszystkie papiery.

Hodowlę kur mężczyzna zaczynał od gatunku miniaturek – kurek hybrydek. Miał je w różnych kolorach. A, że człowiek lubi popadać ze skrajności w skrajność, to później postanowił mieć także te największe – Brahmy.

– To gatunek kury pochodzący z Indii – zdradza hodowca. – Jedna sztuka potrafi ważyć 5 do 6 kilogramów. Oni tam muszą takie mieć, bo za dużo ludzi tam mieszka (śmiech). Małymi by się nie najedli wszyscy.

W Polsce po II wojnie światowej jedna pani profesor wyhodowała kurę Polbar. Tę też w swoim stadku ma Juraszek. Ale zapaleńców, którzy chcą mieć kolorowo w ogrodzie jest coraz więcej.

– Sam wystąpiłem w tym roku o wpisanie do rejestru odtworzonego przeze mnie gatunku kury tęczanki nioski – mówi z dumą. – Dwa lata muszę utrzymać ją i jeździć na wystawy, żeby to zostało potwierdzone. Wielu osobom się wydaje, że mają podobny gatunek u siebie. Można je bowiem pomylić z innymi, ale te „autentyczne” są bardzo masywne i są prawdziwą fabryką jaj. Nie ma innego gatunku, który na wolnym wybiegu zniesie ponad 250 jaj rocznie.

Liderami w hodowli kur są Niemcy i Holendrzy. Polacy jednak coraz częściej przerastają swoich nauczycieli, od których brali pierwsze pisklaki.

– U mnie w obejściu i wolierach nie ma żadnej chemii – deklaruje hodowca. – Kury latem chodzą sobie cały dzień wokół domu po ogrodzie. Są samowystarczalne. Czego bym im potem nie nasypał, to i tak nie ruszają. Najadły się wcześniej do syta.

Żeby być pewnym swojego trzeba też mieć zaufane osoby, u których umieszcza się przedstawicielki hodowanego przez siebie gatunku. Wszystko w tajemnicy i dla bezpieczeństwa. Licho bowiem nie śpi. Jak sąsiedzi są w stanie wzywać policję, bo im kury przeszkadzają, to mogliby i je potraktować nieuprzejmie.

– Rodzina nie podziela mojej pasji, ale ją szanuje i docenia – mówi Leszek Juraszek. – Córka, pewnie po ojcu, ma silnie rozwinięty gen ku naturze. Ale miłości do kur nie ma, a szkoda, bo byłoby to komu przekazać. Cieszę się jednak z tego, że wielu młodych ludzi zaraziłem tą pasją. Do tej pory rodzice wielu z nich mi dziękują, że ich podopieczni nie szlajają się po dyskotekach, a mają pożyteczne zajęcie.

Żeby być dobrym hodowcą trzeba mieć w sobie duże pokłady cierpliwości. Pierwsze kury się kupuje, ale później do wszystkiego trzeba dojść samemu. Cały proces lęgu zachodzi na twoich oczach. Ze 100-150 sztuk wybiera się 10-15 najokazalszych do dalszej hodowli i rozwoju gatunku.

– Moje kury, także tęczanki nioski, złotych jaj nie znoszą – śmieje się Leszek Juraszek. – Ale mam u siebie takie, których jajka mają obniżoną wartość cholesterolu. Nawet o 30 procent. To zielononóżki kuropatwiane. Też fajne.