Nie był agentem, ale IPN twierdzi, że się przyznał

Jacek Czarnecki po latach walki dostał wreszcie od prezesa IPN-u pismo potwierdzające jednoznacznie, że nie był współpracownikiem służb PRL. Zarazem w archiwach tej samej instytucji figuruje jako ten, który przyznał się do pracy, służby i współpracy ze służbami, czyli mógł być esbekiem, tajnym współpracownikiem i… generałem jednocześnie.

– Podpisałem się na druku oświadczenia, na którym niczego nie zaznaczyłem, bo nie pracowałem dla służb – mówi wójt gminy Chełmża. – Sprawę można było wyjaśnić w pięć minut, a ja ciągam się po sądach od 4 lat. W IPN-ie w oczy mówią mi, że nie współpracowałem, a nadal widnieję jako ten, który się przyznał. Paranoja.

Jacek Czarnecki wójtem został w 1997 roku. W grudniu 2007 roku złożył oświadczenie lustracyjne i spał spokojnie. W 2010 roku zbliżały się kolejne wybory samorządowe. Z łóżka zerwał go telefon. Sekretarz gminy zapytała wprost: Co pan napisał w oświadczeniu lustracyjnym? Prawdę – odrzekł wójt. Przysłali papiery do gminnej komisji wyborczej, że był pan współpracownikiem służb bezpieczeństwa – powiedziała sekretarz.

Później wszystko działo się jak w gangsterskim filmie średniej klasy. Wsiadł w samochód i popędził do Warszawy. Koczował przed siedzibą IPN. W końcu otworzyli.

– Z nikim nie chcieli mnie umówić – wspomina podniesionym głosem Jacek Czarnecki. – Dopiąłem jednak swego i dostałem się do urzędników. Odpowiedzieli mi jednak, że nic nie wiedzą w mojej sprawie, bo papiery ma oddział w Gdańsku. Mieli tylko adnotację, że przyznałem się do współpracy.

Agent pełną gębą

Wójt zachodził w głowę, kto mógł namieszać w jego teczce. Nie dopuszczał do siebie możliwości, że informacja przekazana do gminnej komisji wyborczej nie zostanie zmieniona. W drodze do Gdańska całe życie przebiegło mu przed oczami. Nie mógł przecież przyznać się do czegoś, czego nie zrobił.

– Nigdy nie pracowałem, ani nie współpracowałem ze służbami PRL – stanowczo deklaruje wójt. – Wreszcie teraz mam to na piśmie od prezesa IPN Łukasza Kamińskiego. Ale na co mi to pismo, jeżeli przy moim nazwisku w trakcie wyborów może znów znajdzie się adnotacja o działalności na rzecz służb? I to na wielu stanowiskach jednocześnie.

Ale po kolei. Dojechał do Gdańska. Empatycznych urzędników nie zastał. Wymusił jednak na nich, żeby przyniesiono jego dokumenty. Jakże wielkie było jego zdziwienie, gdy zobaczył tam… tylko jedną kartkę.

– Pytam ich, gdzie jest reszta – wspomina Czarnecki. – Odpowiedzieli, że mają tylko tyle. Jeden świstek, na którym nie ma żadnego podkreślenia tylko mój podpis na dole. A gdzie pierwsza i ostatnia strona oświadczenia? Nikt nie umiał mi udzielić informacji. Mając niekompletne oświadczenie mogli mnie po prostu wezwać i nakazać uzupełnienie braków. Przecież w całej sprawie chodzi o… gwiazdkę. W jej wyjaśnieniu stało jak byk: „właściwe podkreślić”. Ja niczego nie podkreśliłem.

Pracownicy IPN po swojemu zinterpretowali brak stron oświadczenia i brak podkreśleń. Uznali, że wójt gminy Chełmża przyznaje się do bycia pracownikiem resortu, tajnym współpracownikiem służb i pełniącym służbę.

– W Urzędzie Skarbowym lepiej człowieka traktują – komentuje wójt. – Dwa lata moje oświadczenie leżało w IPN-ie i byłem „czysty”. Hiobowe wieści przyszły chwilę przed wyborami. Przypadek?

Absurd trwa

Sądy głaskały wójta po głowie stwierdzając, że nie widzą winy, ale nie pomogły. Nie są władne nakazać czegokolwiek IPN-owi.

– We wszystkich instancjach wiedzą, że nie współpracowałem – rozkłada bezradnie ręce Czarnecki. – Nikt nie może jednak czegokolwiek wymóc na IPN. A moja sprawa pokazuje, że jest to instytucja, którą cechują bałagan, absurd, nierzetelność i lenistwo. Nie wystarczy mi pismo od prezesa IPN, w którym stwierdza jednoznacznie, że nie współpracowałem. Chcę przeprosin we wszystkich sołectwach, w których zamieścili 4 lata temu informację, że działałem dla służb.

W oświadczeniu, które prezes IPN Łukasz Kamiński własnoręcznie podpisał 10 października tego roku, czytamy, że z zaświadczenia, które wójtowi wydał w 2012 roku bydgoski oddział IPN wynika, iż: „dane osobowe Jacka Czarneckiego nie są tożsame z danymi osobowymi, które znajdują się w katalogu funkcjonariuszy, współpracowników, kandydatów na współpracowników organów bezpieczeństwa państwa oraz innych osób udostępnionych w Instytucie Pamięci Narodowej od dnia 26 listopada 2004 roku”.

– Wiedzą, że nie współpracowałem, a nie chcą wyczyścić moich akt – mówi Jacek Czarnecki. – Chcę tylko tego, żeby oczyścili moje dobre imię. IPN stosuje niejasne wewnętrzne reguły postępowania. One są ważniejsze niż prawa obywateli tego kraju?

Sądowe batalie trwały 4 lata. Czarnecki w zasadzie wyczerpał wszystkie możliwości dochodzenia swego dobrego imienia. Stawał przed sądami powszechnymi, administracyjnymi i pisał do Trybunału Konstytucyjnego. Parlamentarzyści, których prosił o pomoc, nie byli zainteresowani sprawą.

Uzasadnienie Sądu Apelacyjnego w Gdańsku było jednak jasne:  „Ustawa w art. 20 ust. 2 obliguje wręcz prokuratora do wystąpienia z wnioskiem do sądu w przypadku powstania wątpliwości, co do zgodności oświadczenia lustracyjnego z prawdą. Nie ulega zaś kwestii, że oświadczenie takie może być zarówno pozytywne, jak i negatywne. Zatem także w przypadku Jacka Czarneckiego, który nawet zdaniem prokuratora nie współpracował z organami bezpieczeństwa, a jedynie złożył pozytywne oświadczenie lustracyjne prawdopodobnie w wyniku pomyłki, ten tryb wszczęcia postępowania winien być zachowany”.

Na IPN ta jasna sugestia, pouczenie wręcz, wrażenia jednak nie robi. Nadal stoi na stanowisku, że oświadczenie lustracyjne można złożyć tylko raz.

– Czemu więc zrobili już wyjątki w kilku sprawach w Polsce? – pyta wójt. – Prokurator, występujący z ramienia IPN w mojej sprawie w Gdańsku, wprost powiedział mi, że nie dopuści do mojej lustracji. Dlaczego? Pewnie otworzyłaby się puszka Pandory, bo podobnych przypadków mogło być dużo. A przy okazji wyszłoby ostatecznie na jaw, że instytucja ta zbierając oświadczenia nie weryfikuje ich z rzeczywistością. I to jest skandal.


Radosław Rzeszotek, redaktor naczelny:
Sprawa Jacka Czarneckiego jest nietuzinkowa. Nie bez przyczyny piszemy o niej właśnie teraz. W trakcie kampanii wyborczej dokumenty wydane przez IPN stanowią przecież doskonały oręż. Cztery lata temu Jacek Czarnecki oberwał teczką między oczy i o mało nie przegrał w wyborach. Miał wtedy zaledwie czternaście dni na przekonanie wyborców, że nie był esbekiem.

Po czterech latach walki w sądach ma w ręku oświadczenie prezesa IPN, które oczyszcza go z zarzutów współpracy (bądź też pracy lub służby) z SB. Co z tego, skoro znam takich, którzy rzekomo widzieli go w milicyjnym mundurze w czasie stanu wojennego w Słupsku? Równie dobrze mogę twierdzić, że był też doradcą prezydenta USA Ronalda Reagana.
Wyciąganie teczek na konkurentów, to obrzydliwa metoda uprawiania polityki. Może skuteczna, bo odbiera konkurentowi głosy. Ale na pewno nie honorowa.

Tekst red. Tomasza Więcławskiego nie powstał na przedwyborcze zamówienie. Jest jak najbardziej na czasie i obrazuje smutną rzeczywistość, w której paranie się polityką gminną zmusza do ścigania absurdów spartaczonej ustawy.