Iwona Pavlović: Nie było mnie stać nawet na dwie puszki coca-coli

Iwona Pavlović przyznaje, że Polacy mają opory w tańcu

O roli konferansjera, katorżniczej pracy tancerzy, najtrudniejszych momentach w życiu i pasji do gór, z Iwoną Pavlović, najbardziej znaną polską tancerką, jurorką „Tańca z gwiazdami”, rozmawia Tomasz WięcławskiZnamy Iwonę Pavlović jako tancerkę, jurorkę i trenera tańca. W Turznie przewidziano dla pani rolę konferansjera. Odnajduje się pani w tym wcieleniu?
Mój udział w „Tańcu z gwiazdami” sprawił, że jestem osobą rozpoznawalną. Popularność, którą przyniosły występy na małym ekranie, przekłada się na zaproszenia na różnego rodzaju imprezy. Prowadzę turnieje tańca, eventy, imprezy filmowe. Sama siebie zaskoczyłam, bo poczułam się w tej roli bardzo naturalnie i lubię to robić. W przypadku imprez tanecznych jest to dość oczywiste, bo taniec jest całym moim życiem. Często jest jednak tak, że nie znam tematyki i muszę się dodatkowo przygotowywać. Sprawia mi to jednak dużą frajdę i przyjemność.

Obserwuje pani na turniejach młodych adeptów tańca. Gale są kwintesencją tego, co robią. Potem przychodzą jednak kolejne dni, w których trzeba wykuwać sukces katorżniczą pracą.
Tancerze są niezwykle silnymi ludźmi. Muszą balansować na bardzo cienkiej linie między euforią i radością a bólem i płaczem. Ciężka praca jest wpisana w ten zawód. Nie jest to jednak dyscyplina wymierna. Można harować na treningach dzień w dzień i nie odnieść znaczących sukcesów. To szkoła życia. Nawet z triumfem nie jest łatwo sobie poradzić, bo woda sodowa bardzo szybko uderza do głowy. Porażek nie lubi nikt z nas. Podnoszą się tylko najwytrwalsi.

Polacy nie są szczególnie roztańczonym narodem. Za sprawą telewizji zmienia się to w ostatnich latach. Można jednak porównać nas do jakiegoś tańca? Co nam w duszy gra?
Na pewno nie są to latynoskie rytmy. Szczególnie panowie nie znoszą ruszać biodrami. Musimy skierować siłą rzeczy swoją uwagę w kierunku tańców standardowych. Nie będzie to jednak ani tango, ani quickstep. Najbardziej przypominamy fokstrot – taniec spokojny, delikatny, cichy. Tacy chyba jesteśmy.

Show must go on – wydaje się pani kierować tym mottem w swoim życiu. Czasem przychodzi jednak chwila, kiedy trzeba zdjąć balową suknię i szpilki. Jaką kobietą jest wtedy Iwona Pavlović?
Różną. Czasami wydaje nam się, że postać, którą widzimy na ekranie jest taka w rzeczywistości. To złudzenie. Jest to jedynie cząstka każdego z nas. Oczywiście, nie brakuje mi życiowej siły i energii. Jestem jednak bardzo wrażliwa i łatwo mnie zranić. Mam swoje czułe punkty. Szczególnie nie lubię chamstwa i niechęci między ludźmi. Moja pogodna natura buntuje się, gdy widzę różnego rodzaju niegodziwości. Bez wątpienia jestem również pracowita. Od 18. roku życia zarabiam na swoje utrzymanie. Cały czas stawiam sobie nowe wyzwania. Nie zmienię się pewnie znacząco, bo jestem już ukształtowanym człowiekiem, ale chyba nie chcę przechodzić metamorfozy.

A jednak coś się w pani życiu zmieniło. Pokochała pani niedawno góry.
Mój drugi mąż, Wojtek, zaraził mnie tą pasją. Uwielbiam podróżować w górskim klimacie. Zakopane jest dla nas najczęściej bazą wypadową, ale jeździmy też w inne regiony świata. Góry uczą pokory. Tam można się wyciszyć, odnaleźć sens tego wszystkiego, o co w codziennym życiu walczymy. Idąc, nawet z innym człowiekiem, można być sam na sam ze swoimi myślami. Niepowtarzalny klimat pozwala również bardzo szybko naładować baterie.

Skoro już rozmawiamy o szczytach, nie mogę nie zapytać o kolejny Everest, który sobie pani wyznaczyła.
Mam pewne muzyczne marzenie. Ostatnio przygotowywałam spektakl muzyczny do „Dziadka do orzechów” Piotra Czajkowskiego. Nie było w nim klasycznego baletu, ale taniec nowoczesny – hip-hop czy breakdance. Mam kolejne projekty w głowie, nie mniej spektakularne, ale w tej chwili są jeszcze moją tajemnicą.

W górach jednak, tak jak w życiu, nie co dzień zdobywa się ośmiotysięczniki. Często się przegrywa z naturą. Jaki był najtrudniejszy moment w pani karierze, kiedy mówiła sobie pani, że to już koniec.
Szczególnie trudne były początki. Razem z moim partnerem życiowym mieszkaliśmy w Londynie. Były okresy, że nie stać nas było nawet na bilet. Musieliśmy dzielić się jedną puszką coca-coli, bo na dwie nie było kasy. Pierwszy rok w Anglii był najtrudniejszym w moim życiu. Codziennie płakałam. Chciałam jak najszybciej wrócić do domu. Nieznośne było oszczędzanie na wszystkim. Trudno się żyje w zimnym pokoju, ze świadomością, że nie można odkręcić ogrzewania, bo nie będzie cię stać na zapłacenie rachunku. Do pracy chodziliśmy często na pieszo, bo autobus był luksusem. Z drugiej strony z perspektywy czasu uważam, że było to dla mnie niezwykle ważne doświadczenie. Rodzice nie mogli mi pomóc, bo nie stać ich było na wspomaganie córki za granicą. Cieszę się, że to przetrwałam, a przy okazji nauczyłam się dużego szacunku do pracy, drugiego człowieka i marzeń. Najpiękniejsze są bowiem te, które spełnić było najtrudniej.

Jawi się pani jako bardzo silna osobowość. Współpracownicy nadążają za panią?
Staram się otaczać ludźmi, którzy są ze mną sercem. Nie muszą jechać tak szybko jak ja. Czasami słyszę głosy zdziwienia, że wszyscy wokół nie mogą już złapać tchu, a ja dalej coś robię. Potrafię jednak ludziom odpuścić. Kiedy widzę, że człowiek jest realnie zmęczony, pozwalam mu złapać oddech. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy jest na tyle silny fizycznie i psychicznie, żeby przez wiele dni funkcjonować na najwyższych obrotach.

Zobacz galerię z turnieju tańca w Turznie.