Ja tylko chciałam pomóc…

Marta Prokopczuk dziękuje Bogu, że wszyscy uszli z życiem.

Warszewice, gmina Łubianka. 3 kwietnia 77-letnia Krystyna spowodowała wybuch butli gazowej. Eksplozję słychać było w sąsiedniej wsi. Zniszczeniu uległa znaczna część domu zamieszkiwanego przez Krystynę i jej rodzinę. Nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń. Mogło jednak skończyć się o wiele tragiczniej. 

Jednopiętrowy domek zamieszkują Marta z Pawłem. Mają dwuletnią córeczkę Klarę. Za klika tygodni na świat przyjdzie ich drugie dziecko – Lila. Mieszkają wspólnie z babcią Marty, Krystyną.

W poniedziałkowe popołudnie starsza pani przygotowywała obiad: zupę jarzynową. W pewnej chwili gaz pod garnkiem zgasł. Uznała, że butla wyczerpała się. Postanowiła ją wymienić, choć zwykle robił to Paweł.

– Wzięłam klucz i odkręciłam śrubę. Wcześniej robiłam to dwukrotnie. Byłam święcie przekonana, że potrafię to zrobić.

Krystyna była pewna, że skoro gas zgasł, to butla jest pusta. Nie zamykając zaworu, odkręciła reduktor. Odłączyła butlę od przewodu łączącego ją z kuchenką. Jej podejrzenie wzbudził gaz, który, jak jej się zdawało, ciągle wydobywał się z butli (w rzeczywistości zbiornik wypełniony był co najmniej w 1/3). Wyszła z kuchni, by poinformować o tym zięcia. Kiedy wracała w korytarzu potworny huk rzucił ją na ścianę. Słyszalny był w sąsiedniej wsi – Biskupicach.

Na szczęście nie zdążyła do kuchni wrócić. Gdyby to zrobiła, prawdopodobnie by nie przeżyła. Zadecydowały sekundy.

– Szczęście w nieszczęściu, że dom zbudowany jest z lekkich elementów: płyt regipsowych wypełnionych wełną – mówi ojciec Marty, Ryszard. – W wyniku eksplozji zniszczeniu uległa znaczna jego część. Wyleciały okna i drzwi, pękły ściany. Podniosła się jedna strona dachu, który trzeba będzie wymienić. To lekka konstrukcja, puściły więc jej najsłabsze miejsca. Gdyby bryła budynku była mocniejsza, to ten dach wylądowałby prawdopodobnie w polu, kilkanaście metrów od domu.

Zniszczenia oszacowano na około 100 tys. złotych. Co najmniej połowę domu trzeba będzie zburzyć i postawić na nowo.

– Robocizna na szczęście nie będzie nas nic kosztować – dodaje Ryszard. – Jestem budowlańcem i wszystko naprawimy sami z zięciem. Ale koszty jakie mimo to musimy ponieść, to i tak około 50 tys. złotych. Oczywiście w pierwszym rzędzie wymienię kuchenkę na elektryczną, by już nigdy się to nie powtórzyło. W razie czego najwyżej wywali bezpiecznik.

Głównym problemem jest fakt, że dom nie był ubezpieczony. Poprzedni właściciel nie żyje od lat, a Krystyna i jej brat, do których dom należy, kwestii własności nie uregulowali prawnie.

Straty są bardzo poważne, ale mimo tragizmu wypadku rodzina dostrzega, że w gruncie rzeczy los okazał się dla nich bardzo łaskawy.

– Wiem, że spotkało nas coś strasznego – mówi Marta. – Ale wiem też, że mogło być znacznie gorzej. Tego dnia właśnie wróciłam od ginekologa. Wszyscy byliśmy w domu. To, że nikt nie zginął, to cud. I z tego trzeba się cieszyć. Babcia odniosła wprawdzie największe obrażenia, ale żyje. Wszyscy żyjemy. I za to trzeba być Bogu wdzięcznym.

77-letnia Krystyna w wyniku eksplozji odniosła obrażenia. Ma posiniaczoną twarz i lekki uraz głowy. Upadając na ścianę doznała również uszkodzenia bioder. Ciągle jest też w nienajlepszej kondycji psychicznej. Po szoku nie może do siebie dojść.

Podobnie ciągle bardzo wystraszona jest Klara. Kilka dni wcześniej dziewczynka obchodziła swoje drugie urodziny. Do tej pory w jej zdemolowanym przez wybuch pokoiku unoszą się urodzinowe balony. Upłynie wiele czasu zanim będzie mogła tam wrócić.

Wszyscy domownicy zadają sobie pytanie, od którego nie są w stanie się powstrzymać: Po co babcia w ogóle się do tego gazu dotykała?

Starsza pani w poczuciu winy spuszcza oczy.

– Ja… Ja tylko chciałam pomóc…

 

Na stronie internetowej https://pomagam.pl/nasznowydom rodzina Marty zamieściła apel o pomoc. Osoby, które chciałby wesprzeć poszkodowanych, mogą wpłacać tam swoje datki. Za wszelką pomoc rodzina z Warszewic z góry serdecznie dziękuje. Marta dodaje: Mamy nadzieję, że wkrótce los pozwoli i nam pomóc komuś w potrzebie.