„Jesteśmy przywódcą w UE w kwestii sytuacji na Ukrainie”

O obaleniu prezydenta Wiktora Janukowycza, przyszłości Ukrainy i roli Polski w Europie Środkowo-Wschodniej, z dr Agnieszką Legucką, absolwentką Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, adiunktem w Katedrze Europeistyki INH Akademii Obrony Narodowej w Warszawie, rozmawia Tomasz Więcławski.

Zainteresowanie sprawami ukraińskimi zaczęło się w momencie protestów społeczeństwa po braku ratyfikacji umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską przez prezydenta Janukowycza. Czy szybciej były symptomy świadczące, że dojdzie do takiej eskalacji napięcia? Przecież teraz mówi się wprost o reżimie Janukowycza, państwie bezprawia.
Nie ma jednej Ukrainy. Nie jest prawdą, że cały naród wystąpił przeciwko rządom prezydenta Janukowycza. To, co się wydarzyło ostatnimi czasy, jest ewenementem na skalę europejską. Można powiedzieć, że padły ofiary śmiertelne w procesie integracji europejskiej. Rozwój wypadków był związany ze splotem różnych okoliczności. Narastał społeczny opór wobec istniejącej władzy. Do tej pory wszelkie możliwe środki kontroli społecznej były zachowane. Prezydent przekroczył jednak w ostatnich miesiącach granicę. Cześć społeczeństwa nie mogła tego zaakceptować. Trzeba sobie jednak zdawać sprawę, że we wschodniej części tego państwa postrzeganie jego zachowań jest inne.

Na czym oparty był, wydaje się odchodzący dziś do lamusa, system?
Na wielu czynnikach. Przede wszystkim istniał wszechobecny system korupcyjny na Ukrainie. Zarabiać mogła niewielka elita, która stanowiła swoista klasę oligarchiczną. Ukraińcy w pewnym momencie poczuli, że mają władzę i mogą ją wykorzystać. Swoje działania skierowali przeciwko istniejącemu systemowi. Nie jest tak, że jest to sprzeciw wyłącznie wobec prezydenta. Na Majdan wybrali się ludzie, którzy nie chcieli już żyć w systemie, który on firmował swoją osobą.

Protest, trwający wiele miesięcy, przygasał i przybierał na sile. Kiedy zrozumiała pani, że nie ma już odwrotu, że jedna lub druga strona konfliktu musi zwyciężyć?
Po pierwszym użyciu siły. Kiedy sytuacja przycichała, wyglądało, że demonstracje prounijne wywołują już znużenie wśród wielu osób. Opinia międzynarodowa również coraz mniej zwracała na to uwagę. W momencie użycia służb do pacyfikacji demonstracji było jasne, że nie zakończy się to pokojowym porozumieniem. Są spekulacje dotyczącego tego, czy Janukowycz sam podjął decyzję o użyciu siły. Pierwszy raz słyszeliśmy o ataku na demonstrantów w grudniu, niedługo po świętach. Ten moment okazał się przełomowy. Społeczeństwo zrozumiało, że prezydent, który doszedł do władzy pod hasłem: „będę słuchał wszystkich i każdego po kolei”, okazał się być politykiem niewiarygodnym. Władza strzelająca do demonstrantów traci swój mandat.

Wśród opozycji ukraińskiej jest osoba, która mogłaby stanąć na czele Rządu Jedności Narodowej? Przecież to dopiero początek drogi do zmiany systemu.
Stworzenie takiego rządu będzie bardzo trudne. Majdan głosi hasła związane z koniecznością wymiany całej elity politycznej. Opozycja jest w trudnej sytuacji. W pewnym momencie Janukowycz proponował Kliczce i Jacyniukowi (przywódcy opozycji – przyp. red.) urzędy – tekę premiera i ministra. De facto byłby to rząd marionetkowy, uzależniony od tego samego ośrodka władzy. Istniało duże prawdopodobieństwo, że Majdan nie zaakceptuje takiego scenariusza. Osoba uznana za element systemu, z którym walczą demonstranci, jest automatycznie skreślana z listy potencjalnych reprezentantów społeczeństwa. Nie będzie Rządu Jedności Narodowej, bo część kandydatów jest dla demonstrantów nie do zaakceptowania.

Co z Federacją Rosyjską?
Jej zaangażowanie w sytuację na Ukrainie wydaje się kluczowe. Ideałem byłoby, gdyby Rosja zaakceptowała wszystko, co zdecyduje Rada Najwyższa. Istnieje jednak prawdopodobieństwo próby budowania alternatywnego ośrodka władzy w ramach tego państwa. Może się to zakończyć bardzo źle. Możliwa jest wojna domowa. Ukraińcy mogą stanąć naprzeciw siebie w bratobójczej walce.

Czy Polska i Unia Europejska mają gotowy scenariusz przeciwstawienia się możliwej aktywności Rosji?
W przeciwieństwie do Unii Europejskiej Rosja ma żywotne interesy na Ukrainie. Dotyczą one strefy wpływów, kontaktów ekonomicznych, związków politycznych, a także możliwości podniesienia swojej pozycji międzynarodowej. UE ma trudności z wypracowaniem takich interesów. Do niedawna ich w ogóle nie miała. Teraz możemy zaobserwować jedną kwestię, która mobilizuje państwa zachodnioeuropejskie, a mianowicie „bezpieczne sąsiedztwo”. Jest to dość egoistyczne postrzeganie otoczenia, które polega na tym, że jeżeli coś niepokojącego dzieje się nieopodal nas, to zagraża to również naszemu bezpieczeństwu. Użycie siły wobec demonstrantów jednoczy Europę.

Czy Polska może stać się liderem, który będzie odgrywał istotną rolę w kształtowaniu sytuacji na Ukrainie w przyszłości? Minister Sikorski był jednym z architektów porozumienia opozycji z Janukowyczem, które poprzedziło odsunięcie go od władzy.
Tak już się stało. Jesteśmy przywódcą w UE w kwestii sytuacji na Ukrainie. Na Zachodzie bardzo mocno podkreślana jest rola szefa MSZ w promowaniu porozumienia między zwaśnionymi stronami. Polska postrzegana jest jako kraj, który od wielu lat propaguje interesy Ukrainy w UE. Problem jest jednak innej natury. Czy będziemy w stanie wymóc innych krajach należących do tej organizacji pomoc finansową dla naszego wschodniego sąsiada? Bez tego będzie trudno o realizację na Ukrainie jakichkolwiek interesów. To państwo, tak samo jak stabilnego rządu, potrzebuje teraz pieniędzy.