Kaskadyzacja warta miliardy, czyli pomysł na tamę w Siarzewie

Tama w Siarzewie to bez wątpienia najdroższa inwestycja w naszym województwie. 700 mln zł, jakie wydano na nowy toruński most, to przy niej doprawdy „grosze” (fot. wizualizacja AB Architekci)

Szacunkowy koszt nowego stopnia wodnego na Wiśle w Siarzewie to 3,5 mld zł. Nie brakuje jednak optymistów, którzy twierdzą, że jak się „zaciśnie pasa”, to da się zjechać z ceną do 2,2 mld. Ale i to ciągle niemało. 

Pierwsze pomysły kaskadyzacji Wisły sięgają daleko w głąb XX w. – do lat 60. W latach 1962-70 wybudowano stopień na naszej największej rzece we Włocławku. Miał to być pierwszy z kilku elementów kaskady Dolnej Wisły. Jednak pozostałe nigdy nie powstały – głównie z powodów ekonomicznych. 

Tama we Włocławku miała funkcjonować ok. 10-15 lat. W tym czasie miały powstać kolejne stopnie, które ją odciążą. W latach 90. wydano raport mówiący o zagrożeniach związanych z wyeksploatowaniem włocławskiej tamy. W związku z potencjalną katastrofą zaplanowano budowę tamy odciążającej w okolicach Nieszawy. Zrezygnowano jednak z tego pomysłu i w 2012 r. zaplanowano nową tamę w miejscowości Siarzewo. Równocześnie rozpoczął się remont stopnia we Włocławku za 115 mln zł. Problem rozpoczęcia budowy elektrowni w Siarzewie nie znalazł jednak rozwiązania. 

Zapora w Siarzewie, podobnie jak wszelkie pomysły z nienaturalnym przegradzaniem rzek, budzi od początku ogromne emocje. Swoje racje mają zarówno jej zwolennicy, jak i przeciwnicy. 

Argumenty „za”: dzięki tamie zwiększy się ilość pozyskiwanej energii odnawialnej oraz zniweluje ona zagrożenie powodziowe w regionie. 

Argumenty „przeciw”: praca elektrowni wodnej we Włocławku doprowadziła do erozji dna poniżej zapory – kilkunastokilometrowy odcinek rzeki stał się nieżeglowny. Tama stała się przeszkodą nie do przebycia dla ryb wędrownych. Wiosną zapora w Siarzewie może się przyczynić do tworzenia się poważnych zatorów lodowych, które mogą spowodować podobną katastrofalną w skutkach powódź zatorową jak ta z 1982 r. we Włocławku, kiedy to spiętrzone zatorem wody przelały się przez tamę i zalały obszar o powierzchni ponad 100 km2. Straty były równoważne kosztom poniesionym na budowę tamy. Poza tym budowa zapory oznacza zagrożenie ekologiczne, co podnoszą liczne organizacje (Towarzystwo na rzecz Ziemi, Fundacja Greenmind, Pracownia Ekspertyz i Badań Ichtiologicznych PEBI, Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków, Klub Gaja, Towarzystwo Ochrony Przyrody). I wreszcie najbardziej radykalny argument przeciwników tamy: jej budowa oznacza po prostu marnotrawstwo pieniędzy publicznych. 

Tyle zwolennicy i przeciwnicy inwestycji. Rzeczywistość jednak idzie swoją drogą. 

Sprawa znów rusza w lutym 2016 r. Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska wydaje negatywną opinię środowiskową w sprawie budowy zapory. Od decyzji się odwołano, odwołanie zaś uznano za zasadne i skierowano do ponownego rozpatrzenia przez RDOŚ w Bydgoszczy. 

W 2017 r. główny inwestor – Energa przedstawia nowy projekt budowy tamy oraz inicjuje konsultacje społeczne w tej kwestii. W listopadzie 2017 r. Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów opowiada się za realizacją inwestycji. Miesiąc póżniej Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Bydgoszczy wydaje środowiskową zgodę na budowę zapory. Decyzja, póki co, nie jest prawomocna. 

– Przeżyłem już kilka takich umów i mam nadzieję, że i z tej nic nie wyjdzie – mówi prof. Marek Grześ z Katedry Hydrologii i Gospodarki Wodnej UMK w Toruniu. – Od samego początku uważam, że Siarzewo to nie jest najszczęśliwsza lokalizacja dla zapory. Każda duża tama potrzebuje zbiornika wyrównawczego, jak na przykład ta w Solinie. Poza tym od lat to już nie jest kwestia ochrony środowiska, ale polityki. To karta przetargowa przed każdymi wyborami. Zawsze obiecywana jest żegluga, rozwój turystyki wodnej i inne tego typu mity. Historia elektrowni we Włocławku pokazała, jak się sprawy mają w tym względzie. 

Wydaje się jednak, że i główny inwestor ma za sobą żelazne racje. Oto w decyzji wyrażającej zgodę na budowę tamy zaznaczono, że „nadrzędnym interesem społecznym” jest bezpieczeństwo powodziowe mieszkańców, a nie ochrona środowiska. Równocześnie nakazano częściową kompensację szkód środowiska poprzez odtwarzanie siedlisk, zapewnienie rybom wędrownym możliwości migracji oraz przeprowadzanie planowych nasadzeń. 

– Takie rzeczy opowiadają tylko kaskaderzy polityczni – dodaje prof. Marek Grześ. – Wyborcom trzeba przecież coś obiecać. Według pobieżnych szacunków koszt inwestycji wyniesie ok. 3,5 mld zł. W rzeczywistości wybudowanie elektrowni o mocy 80 MW to koszt ok. 2,2 mld. Wyprodukowanie takiej mocy przez wiatraki kosztowałoby ok. 0,5 mld zł. Czyli cztery razy mniej. A do tego wiatraki można rozebrać w ciągu jednej nocy. A tamę niekoniecznie. 

Stopień wodny w miejscowości Siarzewo składać się ma z połączenia drogowego, śluzy żeglugowej z miejscami przeznaczonymi do postoju jednostek pływających, toru kajakowego, przepławki uniwersalnej i przepławki dla ryb. W ocenie ekspertów istnieją możliwości zmniejszenia kosztów o co najmniej 1 mld zł. Mają one polegać na użyciu najnowszych technologii budowlanych oraz na rezygnacji z przeprawy drogowej, do której miałaby być użyta tama. 

Zdaniem zwolenników pomysłu budowa stopnia wodnego w Siarzewie przyczyni się do zwiększenia bezpieczeństwa powodziowego w Dolinie Wisły oraz wpłynie dodatnio na rozwój transportu śródlądowego. Ma również pozytywnie oddziałać na ochronę tamy we Włocławku. Według obecnego stanu wiedzy prace mają się rozpocząć w roku 2020 i potrwać do 2025.