Kazimierz Kutz: Kazali mi wykombinować wątek erotyczny

O niepokorności, współczesnym kinie i wszechobecnej komercji z Kazimierzem Kutzem, wybitnym polskim reżyserem filmowym rozmawia Tomasz WięcławskiFestiwal TOFIFEST u swoich korzeni ma twórczość niepokorną. Odnajduje Pan we współczesnym polskim kinie filmy z gatunku „moralnego niepokoju”?
W tym pytaniu zawiera się bardzo wiele tematów. Rzeczywiście dla tego festiwalu jest to kwestia niezwykle ważna. Hasło przyświecające jego twórcom jest bardzo atrakcyjne i ważne. Nie można być niezależnym, nie będąc niepokornym. Twórcy z tego nurtu muszą mieć „hopla” na punkcie wolności. Jestem takim człowiekiem. Nie przedstawicielem nurtu kina moralnego niepokoju, ale jeszcze starszej generacji tzw. szkoły polskiej. Czuję się stworem wymierającym. Moja niepokorność jest cechą wrodzoną. Wyniosłem ją z rodzinnego domu, w którym dzieci się nie indoktrynowało. Wolne wybory towarzyszyły mi od najmłodszych lat. A wolność zawsze musi iść w parze z odpowiedzialnością.

Dostrzega Pan istotne różnice pomiędzy swoim pokoleniem twórców filmowych a osobami, które dziś przejęły od was pałeczkę?
Formacja filmowa, która powstała w ostatnich dwudziestu kilku latach, po roku 1989, jest od mojej generacji nieco inna. Niedawno był w Polsce Martin Scorsese, którego biografia wyszła ostatnio w naszym kraju. On mówi w niej o polskim kinie w dwóch zdaniach. Wspomina o Polańskim i o Wajdzie. Na naszej kinematografii udało mu się „odkryć znaczenie obiektywu 35”. Normalny człowiek nie ma pojęcia o co chodzi, bo jest to opowieść filmowca do filmowca. Ma on jednak ogromne zbiory filmów – także polskich. Chciał w klubach pokazać naszą kinematografię i nie wybrał do tego ani jednego filmu z nowego ustroju.

Nie ma więc obecnie miejsca na kino poruszające realne problemy? Nie ma ich czy reżyserzy nie umieją się z nimi zmierzyć?
To kwestia postawy. Moje pokolenie można uznać za ocalałe w trakcie wojny. Widziałem jako nastolatek zgliszcza Warszawy. Razem z kolegami byliśmy na swój sposób zrujnowani. Jako czternastolatek zostałem wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec, bo mój ojciec był powstańcem. Proszę sobie wyobrazić to przeżycie. Polska, jako nasz pejzaż, była w stanie strasznym. Mieliśmy wrodzony kontekst myślenia społecznego. Nie my mieliśmy być wspaniali i wielcy, ale konieczne było wyartykułowanie losów tych ludzi, którzy przetrwali. Dzisiejsze pokolenie kompletnie nie ma takiego kontekstu.

Jeżeli patrzy Pan poprzez ten pryzmat, to dostrzega Pan ważne tematy, z którymi twórcy współcześni powinni się mierzyć? Kinematografia jest bowiem niezwykle ważnym elementem życia społecznego.
Niektórzy się mierzą. Zawsze znajdzie się kilku reżyserów, którzy pozostając na „offie”, mierzą się z poważnymi problemami, dotykają kwestii ważnych. Są to nasi potomkowie, a ich filmy są przeważnie lepsze od innych. Nie są bowiem komercyjne. Smarzowski robi świetne rzeczy, ale jest wychowankiem tamtego ducha – ostrego patrzenia na rzeczywistość. Dzisiejsze pokolenie nie ma fascynacji rodzimością. Robi się sporo filmów, których akcja dzieje się na Śląsku. Większość z nich nie dotyka jednak realnych problemów ludzi, którzy tam żyją. Czemu nikt nie nakręcił filmu o likwidacji za rządów Jerzego Buzka kilkudziesięciu kopalni? Liczy się tylko zysk. Komercja wyparła z filmów realne życie.

W polityce, w którą się Pan zaangażował trudno szukać ludzi patrzących w inną stronę niż własny interes.
To nawet nie o to chodzi. Myśmy nigdy nie myśleli o sobie w kategoriach „wielcy”. Brakuje poznawczego stosunku do własnego społeczeństwa. Młodzi cierpią na próżność. W szkołach uczy się tego, jak zrobić pieniądze i jak osiągnąć sukces. To straszne. Nam reżyserzy mówili, że mamy robić kino dotyczące ważnej sprawy. Ze społeczeństwem trzeba się komunikować, bo ono czeka na odpowiedzi na pytania, które codziennie zadaje.

Komercja wyparła ideę?
Kino zostało skomercjalizowane, czyli „skurwione”. Teraz robi się filmy, żeby zarobić. Żyłem w państwie totalitarnym, z wszechobecną cenzurą. Trzeba było się natrudzić, żeby zrobić dzieło. Teraz, gdy powstają ambitniejsze filmy, to nikt nie chce ich rozpowszechniać. Co z tego, że co drugi z młodych chłopaków chciałby zrobić film na swoją miarę, jak nikt nie da mu na to środków. Sam miałem jakiś czas temu sytuację, że przyszedłem ze scenariuszem do wysokiej klasy producenta. Film miał dotyczyć kopalni „Wujek. Usłyszałem jednak, że muszę wykombinować wątek erotyczny. To nie wchodziło w rachubę. Kiedyś nikt nie śmiał powiedzieć reżyserowi, kto ma u niego grać daną rolę. Teraz jest to na porządku dziennym.