Kiedy umieram, wierzę już w zaświaty

Uważała, że wszystkie rocznice należy obchodzić. Ale z daleka – szczególnie te okrągłe. Dwadzieścia lat po przyznaniu Wisławie Szymborskiej Nagrody Nobla, w rozmowie z Michałem Ciechowskim – Michał Rusinek, jej pierwszy sekretarz, opowiada o pracy z poetką, papierowym pomniku i niedokończonych wierszach.

Książka „Nic zwyczajnego” to piękny papierowy pomnik. Za życia ich nie chciała.

Nie mówiłbym o tym jako o pomniku. Choć wiąże się z pamięcią, to nie jest to książka patetyczna. Zależało mi, aby wspomnienie o Szymborskiej zostało… skorygowane. Za jej życia utrwalony został specyficzny wizerunek – z jednej strony wielkiej poetki, uwieńczony Noblem, z drugiej zaś – rozchichotanej starszej pani. Często zasłaniała się anegdotkami, kiedy nie chciała odpowiedzieć na trudne pytania. Pomyślałem, że w książce tak właśnie ją trzeba przedstawić – stworzyć portret, zachowując proporcje.

„Wzruszenie i rozbawienie – ta mieszanka będzie mi towarzyszyć jeszcze wiele razy”. I taka jest książka.

Moje życie przy niej to ciągły śmiech przepleciony ze wzruszeniem. Była osobą obdarzoną niesamowitym poczuciem humoru. Nieustannie potrafiła czymś zaskoczyć. Zawsze powtarzała, że aby ją poznać, trzeba czytać jej wiersze. I ta książka tego nie zmieni. W poezji Szymborskiej jest dużo poczucia humoru, wzruszenia i kwestii poważnych, które w życiu jej towarzyszyły.

Swoich wierszy nie komentowała. A miała swój ulubiony?

Wie pan, że nie wiem? Nigdy jej nie zadałem tego pytania. O wierszach raczej mówiła negatywnie. Jednego nawet nie pozwoliła nigdy wznawiać – „Gawęda o miłości ziemi ojczystej”. Kiedyś ktoś jej powiedział, że wyklucza on patriotów – ludzi, którzy kochają ojczyznę, ale mieszkają poza nią. Stwierdziła, że skoro może on zrobić komuś krzywdę, nie powinien być drukowany. Myślę, że należała do poetów, którzy na pytanie o ulubiony wiersz, odpowiedzieliby, że ten, nad którym właśnie pracują.

Pisać o mistrzyni słowa to spore wyzwanie.

Jest to duża odpowiedzialność. Najdłużej zajęło mi obmyślenie struktury książki i dobór języka. Nie chciałem pisać, tworząc swój pomnik. Jestem w niej na tyle obecny, aby uzasadnić pewne sądy, które się tu pojawiają. W trakcie pracy nad książką odzyskałem dostęp do starej poczty, na której znajdowały się listy. Dzięki temu w dużej mierze ta książka powstała.

Zadał pan sobie pytanie, co ona by powiedziała na książkę?

Pisząc – codziennie. Książka niczego intymnego nie zdradza, oprócz ostatniego fragmentu. Dotyczy on umierania. Wydaje mi się jednak, że nie przekroczyłem żadnych granic. Myślę, że ona chętnie by przeczytała tego typu książkę, gdyby opisywała jej koleżankę-poetkę.

Jeden z polskich artystów śpiewa „…moje wiersze spal, zrób, co chcesz”. Co stało się z niedokończoną poezją Szymborskiej?

Znajduje się ona w archiwum. Zgodnie z jej wolą wiersze przekażemy do Biblioteki Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie zostaną zdigitalizowane. Rękopisy, które pozostały, są szalenie mało czytelne – zresztą jest ich bardzo mało. Pisała ręcznie, później przepisywałem na maszynie. Wiersze niedokończone nie doczekały się przejścia w stan druku. Porządkując mieszkanie po Wisławie Szymborskiej, znalazłem jej ostatni wiersz. Końcowym zdaniem było „Kiedy umieram, wierzę już w zaświaty”.

Czego się państwo od siebie nauczyli?

Piętnaście lat to bardzo dużo czasu. Nie wiem, czego Wisława Szymborska nauczyła się ode mnie, poza informacjami dotyczącymi samochodu. Kiedyś zadzwoniła i zapytała, ile biegów jest w moim aucie. Fascynował ją również komputer i dowiedziała się, dlaczego na tę muchę w komputerze mówię „myszka”. Mam wrażenie, że ona nasiąkała doświadczeniami, aby później móc z tego coś stworzyć. A czego nauczyłem się od niej? Długo by mówić. Na pewno śmiałości. Dzięki niej odważyłem się pisać dla dzieci. Każdy, kto miał okazję rozmawiać z Szymborską o swoim pisarstwie, przyznałby mi rację – do literatury miała podejście bardzo rzemieślnicze.

Prowadzi pan fundację, która jest opiekunem spuścizny po Szymborskiej.

W tym roku przypada dwudziestolecie odebrania przez Wisławę Szymborską Nagrody Nobla. Zastanawialiśmy się, jak uczcić tę rocznicę. Jest to bardzo trudne, ponieważ Szymborska zawsze mówiła, że wszystkie rocznice należy obchodzić, ale z daleka. Postanowiliśmy wymyślić trzy wydarzenia – festiwal Szymborskiej w Bolonii, w Krakowie zorganizujemy konferencję naukową i wystawę zdjęć z okresu okołonoblowskiego, a w grudniu, w dniu, kiedy wręczono jej Nagrodę Nobla, odbędzie się koncert muzyki poważnej, inspirowany poezją Szymborskiej. W tym roku opublikujemy także jej korespondencję z Kornelem Filipowiczem. W przyszłym roku pojawi się jedna książka dla dzieci autorstwa poetki, która nigdy nie była wydana. Opublikujemy też jej osobne tomy poetyckie.

Kraków nieodłącznie będzie się wiązał z Szymborską. Toruń też nie jest jej obcy.

Ojciec Szymborskiej miał tu dwie kamienice, które sprzedał. Za pieniądze kupił jedną w Krakowie. Wisława Szymborska miała również przyjaciółkę pochodzącą z grodu Kopernika. Miasto to wspominała anegdotycznie. Bardzo trudno jednak o Szymborskiej myśleć w kategorii geograficznej. Trudno ją usytuować w świecie, a nawet w Krakowie.

Wiele osób dzieli pana życie na to z nią i po niej. Jak wygląda życie po życiu?

Jest trudniejsze z powodów emocjonalnych. Ona w moim życiu jest ciągle obecna. Po śmierci Wisławy Szymborskiej miałem moment zawahania, czy robić coś dalej, czy odciąć się od przeszłości. Skonstruowanie instytucji upamiętniającej i kontynuującej dzieło kogoś, kto był tak antyinstytucjonalny i prywatny, nie jest łatwe. Mam nadzieję, że udało się stworzyć instytucję, która już ma jakąś renomę i wspiera ludzi pióra, opiekując się spuścizną wielkiej polskiej poetki.

Pierwszy sekretarz – wpisał się pan na długo w polską historię.

Szymborska do mnie mówiła „mój pierwszy sekretarz”, podobnie jak Antoni Słonimski do Adama Michnika. Kiedy miałem okazję spotkać się z Adamem Michnikiem, zapytałem go, czy mogę używać tego określenia. Odpowiedział: O-o-oczywiście. Byłem głównie rzecznikiem prasowym, a na początku listonoszem. Gdy Szymborska dała mi do przepisania pierwsze dwa wiersze po Noblu, poczułem, że to naprawdę ma sens.

Od jej śmierci minęły już cztery lata.

Raz mi się przyśniła. Wynajęliśmy biuro w samym sercu Krakowa, w bardzo nowoczesnym budynku. Udało mi się pokazać to pomieszczenie wszystkim. Wszystkim – oprócz pani Wisławie, o której zapomniałem. W tym śnie wsiadamy do windy, a gdy z niej wychodzimy, pokazuję jej biuro. W tym momencie ona wybucha śmiechem. I myślę, że ten śmiech to jest właśnie to, co mi w życiu towarzyszy.