Krzysztof Bogalecki: Swoje życie można ułożyć według książek na półce

Małe miasto nie musi być źródłem kompleksów w wielkim świecie – twierdzi Krzysztof Bogalecki w rozmowie z Łukaszem Piecykiem.

Show można zrobić nawet z rozpoczęcia roku szkolnego?
Tak, ale nie mylmy tego z bezsensownymi wrzaskami do mikrofonu. Potrzeba nam trochę barw. Nigdy nie chciałem być statystycznym Polakiem, żeby na starość powiedzieć, że w życiu tak naprawdę nic mi nie wyszło.

Statystyczny Polak to ten zazdrosny i zawistny?
Jak wszędzie, ale róbmy swoje. Założę się, że część osób pomyśli, że to ja zadzwoniłem do waszej redakcji z prośbą o wywiad. Fora huczały, gdy zaczynałem i liczba niestworzonych historii mnie zaskoczyła. Kim to ja nie byłem… Ale Chełmża nauczyła mnie odporności. Dzięki temu mam naprawdę grubą skórę.

Robiłeś coś wbrew sobie?
Ostatni okres w TVN Gra – czułem, że to już nie jest śmieszne, robiłem to tylko dla pieniędzy. Na szczęście program zaczął umierać śmiercią naturalną. Chwilę potem miałem wypadek. Samochód do kasacji. Życie genialnie oddaje takie rzeczy tak, jakby chciało powiedzieć, że czas przestać z okłamywaniem samego siebie.

A musiałeś się wypierać swojego rodzinnego miasta?
To był mój błąd. Dla TVN Gra przygotowałem kilka słów o sobie na potrzeby ich strony internetowej i tam faktycznie napisałem, że jestem z Torunia. Nie zgodzę się jednak z opiniami, że wyrzekłem się Chełmży. Do dzisiaj przy okazji programów z telewidzami zawsze ciepło witam mieszkańców mojego miasta. Zresztą, moją filmową wizytówkę dla Dzień Dobry TVN nagrywaliśmy właśnie tutaj.

Głównie w Zespole Szkół.
A jak inaczej?! (śmiech). Gdy dostałem pracę w Krakowie, trzy dni w tygodniu pracowałem w szkole w Chełmży, żeby wieczorem jechać na drugi koniec Polski i wracać w niedzielę, bo w poniedziałek czekały na mnie obowiązki wobec uczniów. Tam show, tu Gombrowicz i Słowacki. Odbija się to czasem na moich bliskich, czy nawet na mnie, ale to naprawdę warte tego wysiłku.

Rozdzielasz swoje role?
Medialną twarz zostawiam przed budynkiem szkoły. Nie staram się jednak czynić z języka polskiego smutnych zajęć. Na podstawie lektur można naprawdę ułożyć sobie życie razem z hierarchią wartości. To dzięki książkom można nauczyć się władania językiem i słowem. Bez tego na pewno by mnie tu nie było. Moi uczniowie mają tylko jeden zakaz – nie śmiać się z drugiego człowieka. Jeśli nawet ktoś powie coś błędnie lub przekręci, my powinniśmy znaleźć sens w jego wypowiedzi. To otwiera ludzi.

Na sukces?
Jestem wymagający. Wychodzę z założenia, że jeżeli firmuję swoim nazwiskiem jego trzy lata edukacji, to niech później nie przynosi wstydu. Tyran? Zdecydowana przesada. Tak mówią ci, którzy się nie uczyli. Kilka dni temu był u mnie mój uczeń i przyznał, że było ciężko, ale warto.

Nie chciałeś wybierać między jednym a drugim?
Młodzi ludzie cały czas dają mi świeżość, więc rezygnacja z uczenia nie wchodzi w grę. I czuję, że mam do spłacenia dług wdzięczności za te wszelkie inspiracje. Bo jeśli mi się udało, czemu inni nie mogą zrobić kariery?

Jak w amerykańskim śnie?
Za dużo powiedziane, bo nie zna mnie pół Polski. Castingi przechodziłem jednak zaskakująco łatwo, ale nie uwierzyłbym, gdyby komuś nie powinęła się noga. Ważne, żeby uczyć się na błędach. Dostałem się do finału programu „Prognoza na dzień dobry” w Dzień Dobry TVN. Nie czułem się dobrze jako prezenter pogody, mimo że się sprawdzałem w ocenie widzów. Zdecydowałem, że jeśli wygram, to powiem na wizji, że dziękuję za głosy, ale zwycięstwo przekazuję osobie, która zajęła drugie miejsce. Niestety, usłyszała to niepowołana osoba i momentalnie byłem przegrany u producenta programu.

Ale chyba nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Faktycznie – zostałem zauważony. Zadzwonili do mnie producenci „Lekarzy”. Na razie wyemitowano kilka epizodów ze mną, ale TVN szykuje oczywiście kolejne, więc na pewno będzie można mnie zobaczyć, gdy biegam z Magdaleną Różczką (śmiech).

A doświadczenie z teatrem zerowe.
Na castingu było pięciu zawodowych aktorów i ja – polonista bez doświadczenia w filmach czy serialach. Wybrali mnie. Najzabawniej, gdy na planie pytają, z którego teatru jestem (śmiech).

Na razie nie narzekasz na oferty z całej Polski. Ale za kilka lat…
… osiwieję? (śmiech) Najlepsi prezenterzy to ci z siwizną na głowie, a mi jeszcze trochę brakuje. Nie mam parcia na szkło, dorosłem, dojrzałem. Czas sobie cedzić pewne propozycje. Mądra żona jest bardzo ważna. To ona uczy mnie, że jesteśmy atrakcyjniejsi z wiekiem, bo mamy o wiele więcej doświadczenia. Jeszcze kilka lat temu rozmawiałbyś z kimś, kto ma zbyt wysokie mniemanie o sobie.

A za kilka lat z kim porozmawiam?
Może z burmistrzem Chełmży? (śmiech) Oczywiście żartuję, bo lubimy się z obecnym włodarzem. Nawiązuję do sytuacji sprzed ostatnich wyborów, gdy odwiedziła mnie grupa młodych ludzi i zaproponowała start, pokazując mi podpisy mieszkańców. Nie miałem jednak kompletnie doświadczenia w samorządzie. Zresztą do tej pory go nie mam.

Ale porównań Chełmży na tle kraju znajdzie się na pewno kilka.
Chełmża jest na pewno oryginalna, bo albo dzieje się bardzo wiele, albo kompletnie nic. Jeżeli w tym mieście z byle wydarzenia, robi się naprawdę sporą imprezę, to naprawdę zaskakuje. Tutaj każdy wie o najdrobniejszym ruchu drugiej osoby. To także miniatura Polski, zasadniczy przekrój społeczeństwa. Nasz kraj nie jest w Warszawie, Toruniu czy Gdańsku, gdzie jest kolorowo, wesoło i kręci się show-biznes. Nasz kraj jest tam, gdzie zatrzymując się na kawę, mamy do wyboru tylko czarną sypaną. W Chełmży na szczęście tak źle nie jest.

A przed kamerą bywało gorzej?
Oczywiście – nie w każdej sytuacji byłem w stanie witać widzów uśmiechem. Chwilę przed jednym programem na żywo rozmawiałem z moją siostrą o stanie naszej mamy, która walczyła o życie w szpitalu. W czasie programu wyjaśniłem widzom, że dzisiaj nie będzie uśmiechniętego prezentera, ale człowiek, który boi się o życie bliskiej osoby. To niesamowite, że ludzie dzwonili, nie po to, aby zagrać, ale żeby dodać mi otuchy.

Jest recepta na sukces?
Przyjechałem na pierwszy poważny casting w starej skórzanej kurtce dziadka. Obok mnie znajomy Huberta Urbańskiego, ten na prawo zna Martynę Wojciechowską, grupka po lewej z polecenia innej gwiazdy. I co? Wybrali mnie, a nie cwaniaczków z Warszawy. Uważam, że na karierę mają szansę właśnie osoby z małych miejscowości, a nie zmanierowani warszawiacy.

***
Krzysztof Bogalecki (ur. 1974) – absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Pochodzi z Chełmży, tam też uczy polskiego w Zespole Szkół. Prezenter w lokalnych stacjach radiowych i ogólnopolskich programach telewizyjnych. Konferansjer i showman.