Krzysztof Skiba: Opinia Jacka Karnowskiego o „Słoikach” jest głupia i śmieszna

O poczuciu humoru, wolności, publicystyce i kobiecych biustach z liderem Big Cyca, felietonistą, satyrykiem, Krzysztofem Skibą rozmawia Marcin Tokarz.Big Cyc oskarżono o wykpiwanie wartości rodzinnych w piosence „Słoiki”. Czy w obliczu zdarzeń tego typu można mówić o istnieniu w Polsce wolności słowa?
Oczywiście! Fakt, że mają miejsce takie sytuacje, tylko to potwierdza. Każdy może wyrazić swoją opinię, także przeciwnicy jakichś poglądów. I właśnie pan Jacek Karnowski, katolicki publicysta z rybackiego pisma „Sieci”, oznajmił głośno, co sądzi o naszym utworze. Jak najbardziej miał do tego prawo, a to, że jego opinia jest głupia i śmieszna to już inna kwestia. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś zabrania propagowania poglądów. Zakazane powinno być jedynie głoszenie poglądów faszystowskich i komunistycznych, jako propaganda ideologii zbrodniczych. W tej chwili mamy paranoję. Najbardziej o braku wolności krzyczą ci, którzy co chwilę kogoś obrażają. W wysokonakładowych pismach bredzą, że zabrania im się wyrażania poglądów. To są pretensje roweru do hulajnogi.

W którym momencie twoim zdaniem satyra przestaje bawić, a jest już obrazą?
Dla ludzi bez poczucia humoru tak może być w każdym momencie. Polacy są szczególnie przeczuleni na żarty na swój temat, ale to nie jest dziwne. Mamy taką poharataną historię i ja to rozumiem. Natomiast jest zbyt wielu ludzi, głównie wśród polityków, którzy są przewrażliwieni. Każdy żart skierowany w ich stronę traktują jako atak i wbijanie noża w krocze. Poczucie humoru wiąże się z dystansem do samego siebie. To cecha ludzi inteligentnych. Wielu jednak ma poczucie humoru amputowane z momentem przyjścia na świat.

Po tym jak zakończyłeś współpracę z tygodnikiem Wprost, dla którego pisałeś felietony, kontynuujesz ich pisanie na swoim blogu. Czy przez tę zmianę sytuacji twoje teksty mogą coś stracić, a może zyskać?
Przede wszystkim myślę, że stracił tygodnik Wprost, bo już mnie w nim nie ma. Pracowałem dla niego jedenaście lat, co czyni mnie najdłużej utrzymującym się publicystą tej gazety. Przeżyłem sześciu naczelnych i trzy totalne czystki. Z najnowszym szefem nie dało się dogadać, co było przyczyną mojego odejścia. Gdybym pisał tam dłużej, to coś mi się wydaje, że mogłoby to być odczytane jako coś bardzo podejrzanego (śmiech). Odkurzacz redakcyjny wessał juz wszystkich, tylko nie Skibę. Ciekawe dlaczego? Tak czy inaczej moje teksty zachowują swój styl i wciąż żyją, a to za sprawą wiszącego na Wirtualnej Polsce bloga „Skibą w łeb”.

W czasach PRL-u spędziłeś trzy miesiące za kratkami za rozrzucanie ulotek antypaństwowych. Jak ten czas wpłynął na twoje życie?
Na moje życie na pewno wpłynął generał Jaruzelski. Gdyby nie stan wojenny moje losy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Chodziłem do liceum położonego zaraz obok Stoczni Gdańskiej. Widziałem jak czołgi rozwalały bramę stoczni, a ZOMO pacyfikowało demonstrantów. Trudno było nie nasiąknąć tą całą atmosferą polityczną. Bardzo szybko wstąpiłem do tzw. podziemia. Rzucałem kamieniami w ZOMO, próbowałem podpalić gmach partii w Gdańsku, toteż byłem przygotowany na to, że mogę wylądować w pierdlu.

Czy ten burzliwy okres przeszkodził kiedykolwiek działaniu zespołu?
Oczywiście, zespół niebojący się mówić prawdy musiał się w końcu nadziać na żądło PRL-u. W czerwcu 1988 roku SB rozbiło nasz koncert. Aresztowali akustyka, odłączyli prąd, mnie kilku tajniaków wrzuciło do nyski. Wtedy myślałem, że nie ma szans, aby zespół dalej istniał. Jednak któregoś dnia przyszło do nas zaproszenie na koncert przysłane przez anarchistów z Berlina Zachodniego. To dało nam kopa motywacyjnego. W pociągu przemytników pojechaliśmy na miejsce i to wydarzenie zaowocowało przebojem „Berlin Zachodni”. Utwór ten szybko znalazł sie na liście przebojów radiowej Trójki. Ten sukces pozwolił wybić się zespołowi. Można więc powiedzieć, że uratowali nas niemieccy anarchiści.

Nazwa zespołu pochodzi od ubóstwianych przez mężczyzn kobiecych piersi. W jakim biuście gustuje Krzysztof Skiba?
W biuście mojej żony, bardzo obfitym, tajemniczym i pięknym jak prace mistrza malarstwa niderlandzkiego, JanaVermeera.