Lech Masłowski został ostatnim sybirakiem w Chełmży. Opowiada nam historię swojego życia

Gdy przerzucił ponad 300 trupów, nie chciał umierać. Dla niego taka praca była wybawieniem, bo inni mieli gorzej. Sam o śmierć otarł się niezliczoną ilość razy. Dzisiaj żyje i maluje obrazy. Syn z wnukiem przychodzą, żeby razem z nami wysłuchać kolejny raz historii o wywózce.Gdy jako 17–latek wychodził w lutym 1945 roku z domu w samej marynarce, nie wiedział, że wróci po ponad roku jako inny człowiek. W drodze po przepustkę do pracy w piekarni zatrzymało go dwóch rosyjskich żołnierzy. Był razem ze swoim kolegą. W pomieszczeniu, do którego ich zaprowadzono, czekało już pełno mężczyzn. Pojedynczo wpuszczano do pokoju obok.

– Od razu po wejściu poczułem lufę broni na moich plecach. Rozebrali mnie i przeszukali – opowiada Lech Masłowski. – Wypytali o moich kolegów. Po rozmowie wprowadzili mnie do celi. Nie mogłem się spodziewać niczego dobrego.

Następnego dnia zaczęła się tygodniowa wędrówka do Ciechanowa. Zimą, bez jedzenia i bez picia. Więźniowie spali na oborniku w stajni czy dzieląc betonową podłogę ze szczurami. Na miejscu mogli skorzystać z prysznica pod gołym niebem. Najlepsze rzeczy podczas kąpieli zabierali Rosjanie.

– W pociągu do łagru jechaliśmy tak ściśnięci, że nie można było się obrócić. Jeszcze w wagonie dostałem biegunkę… – wspomina Lecha Masłowski. – Na środku była dziura klozetowa, obok niej same trupy. Spało tutaj pełno ludzi, więc uważałem w drodze na środek, żeby na nikogo nie wejść. Łatwo nie było, bo panowały kompletne ciemności. Widok na środku mnie tak przeraził, że z powrotem już uciekałem. Słyszałem tylko okrzyki obudzonych osób. I tak przez 3 tygodnie…

W Szaturze (120 kilometrów za Moskwą) Rosjanie pozwolili wyjść chorym. Do łagru w Siewiernoj Griwie zabrano ich wagonami bez dachu. Lechowi Masłowskiemu udało się wsiąść do wagonu osobowego. Ostatkiem sił pomagał trzymać dziecko, które jedna z kobiet urodziła przed kilkoma godzinami. Ludzie umierali na stojąco.

– Dostałem jeden dzień na odpoczynek ze względu na biegunkę. Potem zaciągnęli mnie do pracy. Na początku wywoziłem fekalia. Po pracy wróciłem do baraku. W nocy obudził mnie kapo i kazał wozić trupy – opowiada Lech Masłowski. – Wydawało mi się, że pchaliśmy wózki z ciałami stosunkowo szybko, ale Rosjanom to nie wystarczyło. Zdzielili nas karabinami po plecach.

– Po pracy położyłem się na swojej pryczy, przykryłem się płaszczem i chciałem umrzeć. Dyżurny baraku kazał mi się przejść. Strasznie byłem zły, że przeszkodził mi w umieraniu – wspomina sybirak.

Po dwóch miesiącach lekarze wysłali go do łagrowego szpitala. Koledzy powiedzieli mu wprost: to jest umieralnia. Pacjenci leżeli na deskach. Jeden z nich spod koszuli wyciągał wszy i bez patrzenia zabijał je na swoim łóżku.

– Mógłbyś mi wyprać kalesony? – zapytał Lecha Masłowskiego, rozgniatając kolejne pasożyty. – Dałbym ci chleba.

Zgodził się. Wsadził kalesony pod kran z wodą. Od tyłu zaszedł go jednak łącznik w łagrze. Wysłali go do karceru. W budzie bez podłogi i dachu spędził całą noc.

Rosjanie z okazji 1 maja udekorowali łagier. Nieświadomy, że to dekoracja, sybirak zrobił sobie z niej toaletę. Zza drzewa wyszedł kapo. Całą drogę do szpitala młody Polak musiał znosić uderzenia z szerokiego pasa.

Po wypisaniu ze szpitala Lech Masłowski dostał przydział do pracy bez normy. Głównie zajmował się nocnym transportem trupów i wrzucaniem ich do wykopanego dołu. Wspomina jednego z tych, którym powiedział, że koniec wojny nie oznacza powrotu do domu. Człowiek zmarł po kilku dniach od przyjazdu do Siewiernoj Griwy. Lekarze nie zaszyli dobrze ciała po sekcji zwłok. Zanim trup upadł na gromadę ciał w dole, najpierw wyleciały jego wnętrzności. Niektórzy mieli tak cienką skórę, że było widać ich narządy. Pracował tutaj 2 miesiące, przerzucił ponad 300 ciał. Kobiety, mężczyźni, dzieci…

– Przyjechała do nas pewnego razu kobieta z Chełmży. Nie miała praktycznie niczego na sobie. Do tej pory nie mogłem uwierzyć, że nie poznałem swojej kuzynki – w takim była stanie…

W październiku Lech Masłowski trafił do łagru Osanowo Dubowoje o zmniejszonym rygorze.

– Kompletnie zapomniałem o domu. Cieszyłem się z tego, że wstanę rano i będę miał na pewno coś do jedzenia. Pierwszy list do domu mogłem napisać po roku od trafieni do ZSRR. Dostałem odpowiedź i serce zabiło szybciej. W stronę Polski…

W lipcu 1946 roku w łagrze pojawiły się polskie władze, żeby zabrać rodaków. Lech Masłowski wracał m.in. w bydlęcym wagonie. Podróż spędził bez jedzenia i picia. Żołnierzom powiedziano, że eskortują Niemców. W Polsce został pozostawiony sam sobie. Po powrocie do Chełmży przeszedł malarię i zaczęły się jego problemy z astmą.

Dzisiaj Lech Masłowski ma dwójkę dorosłych dzieci i wnuki. Mieszka sam w domku jednorodzinnym. Niedawno dostał złoty Medal Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej.

– Przez tyle lat nie usłyszałem ani jednego słowa nienawiści, mimo że swoje przeszedł – mówi Marek, syn Lecha Masłowskiego.

W jego pokoju wiszą autorskie obrazy. Same zimowe krajobrazy. Przez krótki czas malował je po powrocie do Polski. Wrócił do tego zajęcia po 50 latach. Jedno jest pewne: zimy stulecia w Polsce nie są mu straszne.