Marek Olszewski: „Podstawą działania w samorządzie jest wzajemny szacunek”

Marek Olszewski od 28 lat jest związany z samorządem gminy Lubicz. Przez 27 lat był jej wójtem, fot. Łukasz Piecyk

– Po tylu latach pracy w gminie stwierdziłem, że mogę jeszcze się przydać w nieco szerszej, powiatowej skali. W Radzie Powiatu Toruńskiego chcę dokończyć moją  samorządową działalność – mówi Marek Olszewski, wójt gminy Lubicz i kandydat do Rady Powiatu Toruńskiego w rozmowie z Wojciechem Giedrysem.

Po 28 latach odchodzi pan z samorządu gminy Lubicz, gdzie przez rok był pan przewodniczącym rady gminy i 27 lat wójtem. To była trudna decyzja?

– Nie. To była bardzo świadoma decyzja. Myślałem już o tym wcześniej. Jestem bardzo mocno związany z gminą Lubicz i mam do niej wielki sentyment. Nie wyobrażam sobie, że już za chwilę nadejdzie ten moment, kiedy moja następczyni lub następca złożą ślubowanie, a ja wyjdę z budynku urzędu i w tej samej roli już do niego nigdy nie wrócę.

W jakich okolicznościach podjął pan decyzję, że nie będzie się ubiegać o reelekcję?

– Nie można mówić o bezpośrednim powodzie. Rok temu pomyślałem sobie, że nie będę wyborców stawiać przez trudnym zadaniem, aby mnie po raz ósmy wybierali na tę funkcję.

Czuje się pan spełniony jako wójt?

– „Służba” to może zbyt duże słowo, ale wreszcie po tylu latach pracy w samorządzie mam prawo go użyć. Czuję się spełniony. Albo inaczej: zrobiłem to, co mogłem zrobić. Praca w samorządzie jest procesem ciągłym. Jestem jakimś ogniwem w łańcuchu. Choć za chwilę rozstanę się z urzędem, to wciąż jest dużo do zrobienia. Praktycznie do ostatniego dnia pracy mam po brzegi wypełniony kalendarz. Różnymi sprawami i spotkaniami. Mam też świadomość, że pewne rzeczy zostawiam jakby w biegu dla moich następców.

Jaka była gmina Lubicz, kiedy pierwszy raz wszedł pan do urzędu w roli wójta?

– To była dosyć biedna gmina. Tereny podmiejskie w czasach PRL były zaniedbane. Trudno było znaleźć lampę uliczną. Mieszkańców było o połowę mniej – ok. 10 tys. Trzeba było zaczynać od podstaw. Byłem współzałożycielem komitetu obywatelskiego w gminie Lubicz i współautorem programu wyborczego przed pierwszymi wolnymi wyborami samorządowymi, który później wspólnie realizowaliśmy i dzięki któremu zachodziły pierwsze zmiany w gminie. Wówczas zajęliśmy się oświatą, czyli budową nowej szkoły w Lubiczu Górnym. Do zrobienia było mnóstwo: mieliśmy do budowy nie tylko drogi, ale też sieć wodociągową, kanalizacyjną i… telekomunikacyjną. Brakowało bowiem w gminie telefonów. Na pierwszym miejscu była jednak budowa szkoły. Już wtedy jako samorządowcy nowego ustroju wiedzieliśmy, co tak naprawdę jest ważne.

W ciągu tych prawie trzech dekad podwoiła się liczba mieszkańców gminy.

– Można by powiedzieć, że w gminie powstało dodatkowe miasto. Przybyło ok. 10 tys. mieszkańców. Wielu z nich mieszka w nowo budowanych domach, przy nowych ulicach. Całą infrastrukturę trzeba było budować od podstaw. To proces ciągły. W tej chwili bez wątpienia jesteśmy na zupełnie innym poziomie i nieporównywalnie lepszym niż na początku lat 90. Na przestrzeni tych wszystkich lat zrealizowaliśmy mnóstwo projektów – od niewielkich, miękkich po wielomilionowe inwestycje. Powstało m.in. 300 kilometrów wodociągów z przyłączami, kilkadziesiąt kilometrów wodociągów, oczyszczalnie, drogi, które od tamtego czasu trzeba po raz drugi lub trzeci trzeba było remontować.

Często pan powtarza jednak, że gmina to przede wszystkim mieszkańcy.

– Tak i tej zasady trzymam się od początku. Wszystko, co robimy w samorządach, jest z myślą o mieszkańcach. W ciągu tych 28 lat wzrosło znacząco zaangażowanie mieszkańców w życie gminy. Trzy dekady temu nie było klubów seniora, stowarzyszeń kulturalnych i sportowych. W tej chwili mamy ich ok. 50. Mieszkańcy chcą działać, sami wychodzą z inicjatywami. A rolą samorządu jest również to, żeby im nie przeszkadzać.

Teraz zdecydował się pan na start do rady powiatu toruńskiego. Jak może pan swoje doświadczenie przełożyć na pracę na rzecz całej ziemi toruńskiej?

– Praca na stanowisku wójta dotyka wszystkich dziedzin życia codziennego mieszkańców. Z tej wiedzy też chciałbym skorzystać, pracując w radzie powiatu toruńskiego. Oprócz tego od 20 lat funkcjonuję w różnych instytucjach i gremiach m.in. Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu, Komitecie Regionów czy w Związku Gmin RP, którego przez ostatnie cztery lata byłem przewodniczącym. Dlatego też spojrzenie na nasze samorządowe, codzienne sprawy w skali większej niż gmina nie jest mi obce. To na pewno pomaga.

Co z tej perspektywy i wójta, i osoby działającej w takich organizacjach, należałoby zmienić lub poprawić w powiatach lub konkretnie – w powiecie toruńskim?

– Byłem przy tym, kiedy powstawał samorząd powiatowy i wojewódzki. Wówczas dużo o tym rozmawialiśmy. Rząd premiera Jerzego Buzka wiele spraw konsultował z samorządem. Zależało nam na tym, żeby sprawy, które przekraczają kompetencje lub możliwości jednej wiejskiej gminy, mogły być załatwiane na poziomie samorządu powiatowego. Wyobrażaliśmy sobie to tak, że powiaty będą wspierać gminy. A że powiat będzie samorządowy, to będzie doskonale rozumiał potrzebny mniejszych jednostek. W pierwszej kadencji zapowiadało się, że tak będzie. Wójtowie mogli wtedy jeszcze kandydować do rady powiatu. Zasiadałem w niej jedną kadencję w latach 1998-2002. Potem zmieniono przepisy. Wójtowie już nie mogli w nich zasiadać. To nie była dobra decyzja, patrząc na przestrzeni lat. Przez te lata powiaty nie do końca określiły swoją tożsamość. Funkcjonują różnie: jedne się ograniczają do wykonywania zadań zleconych, powierzonych i własnych przy niewielkiej swobodzie budżetowej, inne wchodzą w rolę przypisaną gminom. A nie o to chodzi. Rzecz w tym, żeby wykonywać zadania tak, żeby nie wchodzić w rolę gmin, tylko im pomagać – koordynować zdania, które przekraczają ich możliwości. W powiecie toruńskim też jest jeszcze pewien obszar lub nisze do zagospodarowania.

Jaki obszar działalności powiatu ma pan na myśli?

– Chodzi np. o komunikację publiczną. Wszystkie gminy powiatu toruńskiego zmagają się z nią samodzielnie. A tak naprawdę powiat mógłby koordynować nasze działania, bo komunikacja tak jak rzeki przekraczają przecież granice gmin.

Powiat toruński mógłby być zatem np. operatorem transportu publicznego?

– Tak. Kiedyś proponowałem utworzenie w powiecie stref, w których mogłyby funkcjonować komunikacyjne spółki komunalne. Różne mogą być pomysły, ale trzeba o nich rozmawiać. Jak nie ma rozmowy, to każdy męczy się z problemem na swoim podwórku i wykonuje takie zadania na własną rękę. A działając wspólnie, każda z gmin za niektóre usługi płaciłaby z pewnością nieco taniej. Tak jest w przypadku grup zakupowych. Wspólnie z Toruniem od kilku lat przylegające do miasta gminy kupują energię elektryczną nieco taniej, niż gdyby robiły to osobno. Powiat w tym przypadku dużej roli nie odgrywa. I to uważam, można by zmienić w najbliższych latach. To wszystko jednak może się odbywać tylko wtedy, gdy jest zgoda gmin. Gmina to ludzie i terytorium. Powiat to zadania na terytorium gmin. Dlatego powiat zawsze powinien wykazywać pewną powściągliwość i nie próbować wykonywać niczego władczo – oprócz kwestii związanych z zarządzaniem kryzysowym. Ustawy w tym przypadku dają staroście pewną władzę nad gminami.

Podstawą – niezależnie od szczebla samorządu – jest współpraca?

– Tak. Przykładów takich wspólnych inicjatyw samorządowych jest bardzo wiele. Utworzyliśmy lokalną grupę działania, którą tworzą gminy Lubicz, Wielka Nieszawka i Obrowo. Została powołana spółdzielnia socjalna gminy Lubicz i Obrowo. Po sąsiedzku staramy się realizować wiele zadań wspólnie. Warto pójść krok dalej i zastanowić się nad utworzeniem w powiecie toruńskim schroniska dla bezdomnych zwierząt czy izby wytrzeźwień. Z tych usług korzystamy w Toruniu i musimy je kupować. Można by to jednak zorganizować we własnym zakresie i co najważniejsze – taniej. Takich obszarów, których nikt nie dotykał w kontekście wspólnego działania z powiatem, jest trochę.

Jak powinna wyglądać współpraca między powiatem toruńskim a Toruniem? Jak to zrobić, żeby 200-tysięczne miasto nie dyktowało warunków 100-tysięcznemu powiatowi?

– Podstawą działania w samorządzie jest wzajemny szacunek. Tego się też uczyłem przez lata w Związku Gmin Wiejskich, gdzie niezależnie od tego, jaką funkcję pełnimy, jesteśmy wójtami i to jest sprawa podstawowa. Pomiędzy samorządem dużego i prestiżowego, dynamicznego, wspaniale rozwiniętego w różnych dziedzinach i znanego miasta, jakim jest Toruń, a powiatem go okalającym, wzajemny szacunek też powinien być podstawą. Ale chodzi o to przede wszystkim, żeby nie powielać zadań. Nie musimy wszystkiego budować – mieć kino, teatr czy wielką hali sportowej. Mieszkaniec Lubicza wsiadając do auta, może dojechać do multipleksu w Toruniu w ciągu 15 minut. Jak się ma sąsiedztwo takiego dużego miasta z tak rozbudowaną infrastrukturą kulturalną czy usługami, to wszystkiego u siebie budować nie trzeba. Ale trzeba też umieć ze sobą współpracować. W powiecie toruńskim jest bogata baza wypoczynku weekendowego, wiele terenów pod zabudowę jednorodzinną czy pod inwestycje. Miastu ciężko zaakceptować np. to, że odpływają mu mieszkańcu do sąsiednich gmin.

Czy nie byłoby łatwiej stworzyć np. wspólną ofertę inwestycyjną lub turystyczną powiatu toruńskiego i Torunia?

– Każdy samorząd zabiega o swój interes, ale bez wątpienia wspólne działania tego typu przyniosłyby więcej korzyści dla poszczególnych samorządów niż strat. Wszelkie działania o charakterze metropolitalnym obniżają koszty jednostkowe i wzbogacają ofertę. Każdy ma swoje cele oraz interes i powinny być one szanowane przez partnerów. Musi być wzajemna uczciwość pomiędzy zamiarami samorządów. Po to właśnie powstał powiat samorządowy.

Jest pan nie tylko ekspertem w sprawach samorządowych, ale też oświatowych. Jak to doświadczenie może pan przenieść na poziom powiatu toruńskiego?

– Zajmuję się oświatą od wielu lat. Od 20 lat przewodniczę zespołowi edukacji Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu. Wiele czasu spędziłem nad kwestiami finansowania oświaty w samorządach z rządowej subwencji. Powiaty zajmują się szkołami artystycznymi, poradniami psychologiczno-pedagogicznymi oraz szkolnictwem ponadpodstawowym, w którym jest jeszcze wiele do zrobienia. Starostwo jest organem prowadzącym wielu szkół m.in. Zespołu Szkół w Gronowie. Powinniśmy w powiecie toruńskim stawiać obecnie na szkolnictwo branżowe, gdzie zachodzą obecnie duże zmiany. Trzeba wykorzystać fakt, że ustawodawca daje możliwości powiązania kształcenia zawodowego z rynkiem pracy. To jest bardzo ważna rzecz. To się nam w poprzednim systemie edukacji zagubiło. Inne było założenie: żeby wszyscy Polacy mieli wykształcenie średnie na poziomie maturalnym i żeby zwiększyła się liczba studentów. W tej chwili to się zmienia i urealnia. Rzeczywiście trudno teraz znaleźć dobrego rzemieślnika, a rzemieślnik wcale nie musi mieć matury. Warto zwrócić na to uwagę.

Szkolnictwo branżowe będzie niedługo mocniej oddziaływać na rynek pracy?

– Na rynku pracy potrzeba obecnie fachowców. Szkolnictwo branżowe może wyjść temu naprzeciw. Musimy kształcić w tych zawodach, które są obecnie na rynku potrzebne albo tak, żeby można było bez większych problemów zdobyć nowe kwalifikacje.

Jakie wyzwania w najbliższych latach stoją przez powiatem toruńskim?

– Jednym z takich wyzwań jest starzenie się społeczeństwa. To jest problem nie tylko powiatu toruńskiego. To nie jest przypadek, że w gminie Lubicz jest pięć klubów seniora, a dzisiaj podpisywałem umowę na program, który będzie zapewniać dzienną opiekę nad seniorem. W tej chwili kwestie opieki zdrowotnej i pracy z seniorem tak, aby zachował sprawność i aktywnie spędzał czas, są i będą bardzo istotne w samorządach. Na to samorządy będą przeznaczać coraz więcej pieniędzy. Na tę problematykę również samorząd powiatowy musi zwracać wielką uwagę. Powiat toruński ma swój szpital w Chełmży. To dobra lecznica. Musimy go utrzymywać cały czas na wysokim poziomie, bo nic nie jest dane raz na zawsze.

A co z wyzwaniami infrastrukturalnymi?

– Powiat ma do zbudowania dziesiątki kilometrów ścieżek rowerowych. Wciąż wiele dróg powiatowych nie jest w dobrym stanie. Wymagają kapitalnej modernizacji. Ważne jest także ich utrzymanie całoroczne, a zwłaszcza zimowe. Przydałoby się nieco więcej dbałości w tej kwestii. Trzeba by zmienić zasady dotyczące budowy chodników przy drogach powiatowych. W tej chwili współfinansują je gminy, które coraz bardziej się burzą, że to nie są ich zadania.

Tych rzeczy, które są do zrobienia w powiecie toruńskim jest mnóstwo?

– Tak. Samorząd powiatowy podobnie jak gminny załatwia bieżące sprawy mieszkańców, dzięki temu funkcjonuje państwo: że dzieci chodzą do szkoły, że jeżdżą codziennie autobusy, że wozimy śmieci. To jest nasze zwyczajne życie i funkcjonowanie państwa.

Dlaczego zdecydował się pan na start w wyborach do rady powiatu?

– Po tylu latach pracy w gminie, stwierdziłem, że mogę jeszcze się przydać w nieco szerszej, powiatowej skali. Nie mam natury polityka. Nie traktowałem nigdy funkcji wójta jako szczebla w karierze. To było to wszystko, o czym myślałem. Teraz w radzie powiatu toruńskiego chcę dokończyć moją samorządową działalność.