Marek Olszewski: Wyjątkowość polskiej samorządności nie ulega kwestii

Marek Olszewski jest wójtem gminy Lubicz i przewodniczącym Związku Gmin Wiejskich.

W kwietniu br. odbyło się XXXI Zgromadzenie Ogólne Związku Gmin Wiejskich RP. Toruń gościł ponad 350 przedstawicieli polskich gmin. Z przewodniczącym ZGW, Markiem Olszewskim rozmawia Robert Kamiński.

Jest pan jak najlepszego zdania o polskiej samorządności. 

Uważam, że w tym akurat względzie my, Polacy nie mamy się czego wstydzić. Mało tego, obserwując jak inne kraje podpatrują nasze osiągnięcia i starają się je kopiować, nie waham się powiedzieć, że jesteśmy dla nich wzorem do naśladowania. Wyjątkowość polskiej samorządności nie ulega kwestii.

Mimo to obecna władza planuje daleko idące reformy. Czy pańskim zdaniem, potwierdzi się porzekadło, że lepsze jest wrogiem dobrego?    

Idea samorządności zaczęła być konsekwentnie budowana po roku 1989, choć nasze tradycje są oczywiście dużo starsze – sięgają czasów II Rzeczypospolitej. Powiedzmy więc, że ma już „swoje lata” i swoje osiągnięcia. I nagle okazuje się, że w oczach ludzi, który właśnie doszli do władzy ma poważne mankamenty. I to na tyle poważne, że trzeba ją zrewolucjonizować, podobnie zresztą jak wiele innych sfer życia społecznego, jak choćby oświatę czy sądownictwo. Dlatego też Związek wraz z organizacjami reprezentowanymi w Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego zainicjował debatę na ten temat.

Kwestią kluczową wydaje się być kadencyjność.

Ostatnie wybory doprowadziły do wymiany około 30% samorządów. To nieuchronnie musi prowadzić do pytania: czemu takie działania mają służyć? Samorządowcy mają pełne ręce roboty i jest to praca z prawdziwego zdarzenia – w odróżnieniu od drzemek w poselskich ławach na Wiejskiej. Polska lokalna ma swoją własną specyfikę. Nie da rozumieć jej problemów z oddali. Teoretyzowanie na temat naszych bolączek przez warszawskich oficjeli, może oczywiście dawać złudzenie debat merytorycznych, ale w rzeczywistości to nic innego jak działanie na szkodę naszych małych ojczyzn. Dla tych ludzi to problemy teoretyczne, dla nas realne.

Uważa pan, że kierunek jaki wskazuje władza prowadzi do nieprzestrzegania praw wyborców? 

W rzeczy samej. Tak się składa, że prócz funkcji jaką pełnię w Związku Gmin Wiejskich jestem również wójtem w gminie Lubicz. Od 1992 roku. Skoro wyborcy mnie wybierają – to znaczy, że chcą. To wolny kraj. Ci, którzy się nie sprawdzają, po prostu odchodzą. Ale problem jest znacznie głębszy. Samorządność, tak jak ja ją rozumiem, wymaga cierpliwości. By poznać lokalne środowisko trzeba czasu. Ludzie chcą rządzić się samodzielnie. Na tym to polega. To właśnie zawarte jest w definicji pojęcia „samorządność”.

Czyli dwukadencyjność, przy której upiera się rząd, to nie jest najszczęśliwszy pomysł?

Działam w sferze polityki lokalnej dostatecznie długo, by obserwować to zjawisko od kuchni: w czasie pierwszej kadencji burmistrz uczy się co i jak robić; w drugiej zastanawia, co będzie z nim dalej. Powtarzam: realne zmiany i prawdziwy postęp wymaga czasu. Pracy na przestrzeni kilku kadencji, długofalowości celów. Wymaga też, nie oszukujmy się, pieniędzy.

A propos środków. 50-60% budżetu gmin pochłania oświata. Czy uważa pan, że obecna reforma szkolnictwa, to krok w dobrym kierunku?   

To krok w nieznane. Najoględniej mówiąc. Prawo Oświatowe zostało przez Związek zaopiniowane negatywnie. Stoimy na stanowisku, że reforma ta nie jest należycie przygotowana i jest wprowadzana zbyt wcześnie. Choćby w tego powodu, że nie osiągnięto jeszcze celów poprzedniej. Cała ta rewolucja odbije się najbardziej właśnie na tych najmniejszych społecznościach. Powstały nowe kategorie wydatków. 25% gmin zostało zmuszonych do przebudowy szkół. Trzeba przerabiać szatnie, poszerzać korytarze, rozbudowywać sale czy wręcz dobudowywać nowe skrzydła budynków. W skali kraju to miliardy złotych. Nazwanie tego marnotrawstwem, to najłagodniejsze określenie jakie przychodzi mi do głowy. Zamiast adaptować budynki do nowych zapisów w ustawach, dałoby się te środki spożytkować o wiele sensowniej. Powie to panu każdy dyrektor, każdej szkoły w tym kraju.

Pewien znany polityk Prawa i Sprawiedliwości twierdzi, że zmiany w ordynacji wyborczej mają na celu wyplenienie lokalnych klik, jakie powstają w wyniku „zasiedzenia” długotrwale okupowanych urzędów. Swoje obserwacje, jak sam przyznaje, buduje na popularnej komedii „Ranczo”. Zacytujmy owego polityka: „W filmie „Ranczo” widzimy, jakie są konsekwencje zbyt długiego utrzymywania władzy”. Czy pana, który od tylu już lat piastuje tę samą godność, podobne stwierdzenia dotykają personalnie

Gdybym miał odpowiadać na tym samym poziomie, musiałbym stwierdzić, że jeden ogląda „Ranczo”, a inny „Karierę Nikodema Dyzmy”. Ale mówiąc całkiem serio: można twierdzić, że lokalną Polską rządzi sitwa, podobnie jak można mówić różne inne rzeczy. Ale fakty są takie, że za tymi pomówieniami nie stoi nic. Nie toczą się, proszę zwrócić uwagę, żadne procesy korupcyjne. Zatem zdanie tego pana to czysta, dość ohydna zresztą, insynuacja mająca uzasadnić jego pomysły.

Dlatego programowo dystansuje się pan od partii politycznych?

Skupiam się na działaniach na rzecz mojej społeczności, a nie na lansowaniu tej czy innej politycznej opcji. Moim problemem jest jak ulżyć dzieciakom, by nie dźwigały ciężkich plecaków, a nie aktualne słupki poparcia tej czy innej partyjnej frakcji.