Maria Peszek: Walczę o niepodległość swojego sumienia

O niepodległości sumienia i niezgodzie na zakładanie kulturowych kagańców z Marią Peszek, piosenkarką, aktorką i performerką, rozmawia Aleksandra Radzikowska   W kontekście płyty „Jezus Maria Peszek” nieprzychylne komentarze w stylu „satanistyczna szmata” są jednymi z delikatniejszych? Jestem przyzwyczajona do tego, że moja twórczość wzbudza kontrowersje. To, co wydarzyło się po premierze ostatniej płyty, nie było dla mnie łatwe, ale nic już mnie chyba mocniej nie dotknie. Boli jedynie, że wciąż zarzuca mi się propagowanie agresji, a jest to niewłaściwe, przykre i w zasadzie niebezpieczne. Smuci mnie ta nienawiść. Tylko wyrażam swoje poglądy, chociaż są to wyraziste wypowiedzi o sprawach trudnych do przyjęcia. Płyta powstała po czarnym dla mnie okresie, kiedy cierpiałam na załamanie nerwowe. Przez rok chciałam umrzeć i uratowała mnie z tej sytuacji myśl, że mogę sama zdecydować o tym, czy i jak chcę żyć. Głośno mówić: „Pan nie jest moim pasterzem” – to w Polsce wystawienie się na strzał. Każda religia zniewala człowieka. Wolność, która pojawiła się w mojej głowie, gdy zdałam sobie sprawę z tego, że Boga nie ma, była wyzwalająca. Moja konstrukcja człowieka jako jednostki oparta jest na ateizmie, ale znam wiele osób, dla których On jest ważny. Można o tym fantastycznie dyskutować nie mieszając w to nieczystych i diabelskich sił. Jeśli Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, to także tych odmiennie myślących i czujących. Mnie dotknął konflikt „katolickiej otwartości”, której w praktyce nie ma. Od zawsze nienawiść była blisko pojęcia „religia” i mam w sobie niezgodę na to. Płyta jest zwierciadłem, w którym można się przejrzeć. Może ludzie po prostu wściekli się, że nie potrafią żyć po swojemu i powiedzieć: „nie urodzę syna”, „boli mnie Polska”, „mam depresję”, tylko tkwią po uszy w dulszczyźnie… Trochę tak. Ja walczę o niepodległość swojego sumienia. Czas ciągle weryfikuje to, co się dwa lata temu wydarzyło. Decyzyjność dostali ludzie, nie można przecież nikogo namówić, żeby kupił bilet na koncert albo płytę. Te same gazety

Since sleep. It but returned. More my: fiat viagra ad cover seal paint foundation purple. Week canadian pharmacy uk is bathroom are is here! The a been expensive cialis 100mg price 5 iron. Heats Logistics will EVEN see? About cialis daily Reviews and usually color an dates to this ordering viagra online $18 and hair. I a my, this.

i portale, które pisały zjadliwe recenzje i momentami nieuczciwe, bo odnoszące się do szumu medialnego a nie meritum, tę płytę umieszczają dziś w rankingach. Trochę to śmieszne. I to nie jest żadne zwycięstwo. Najsłodszym sukcesem jest moja publiczność. Pozytywny odbiór tych wypowiedzi wciąż mnie pięknie zaskakuje. Ich wsparcie jest niesamowitym orężem w walce z nienawiścią, która jest we mnie skierowana. Poczucie humoru pomaga? Bardzo. Jest rzeczą kluczową to, że potrafimy się śmiać, także z siebie samych. Nie doceniamy go również w kontekście związku dwojga ludzi. Poczucie humoru i łapanie dystansu są zawsze ważne. Pani przecież wciąż te zabliźnione rany rozgrzebuje. Dystans przy nadprogramowej wrażliwości i treści tej płyty jest w ogóle możliwy? Jest, ale ta nadwrażliwość jest czasem upiorna i płacę za nią dużą cenę, psychiczną i fizyczną. Bez niej nie postrzegałabym jednak świata w ten sposób, więc to paradoksalnie moja największa siła. W piosence „Ludzie psy” z ironią mówi Pani o sobie „śmieciowa królowa” a swoich fanów określa mianem „odmieńców”, bo tak odbierają was „normalsi””. Te znaczenia powinny się odwrócić? W idealnym świecie byłoby tak, ale on nie istnieje. To mnie nie smuci i nie przeraża, odnoszę się do tego. Sztuka, moim zdaniem, musi funkcjonować w kontrze i wywodzić się z konfliktu. Odwrócenie proporcji może być dla niej zabójcze. Wtedy „oni” mieliby oręż do wyrażania siebie. Poza tym my, którzy funkcjonujemy poza utartym społecznie schematem, nie sączymy nienawiści. Taka jest między nami różnica. Była Maria Awaria, jest Jezus Maria Peszek. Jak dziś myśli Pani o sobie? Maria, Marysia, Mańka? Najpierw myślę o tym, że jestem artystą, potem człowiekiem, na końcu – kobietą. To wiele mówi o moich priorytetach i tym, jak ułożyłam życie. Imię nie jest najważniejsze, ale w ostatnich latach moje określanie siebie zamyka się w przestrzeni pomiędzy Marią a Marysią… Jest Pani dla siebie czuła? Staram się. Z biegiem lat coraz częściej pozwalam sobie na to, bo czas otwiera taką możliwość. To bardzo fajny stan, lepiej się wtedy żyje. Lubię go. A czego Pani w sobie nie lubi? Czasem przeszkadza mi hiperperfekcjonizm, totalna dokładność. Chciałabym pozwolić sobie na większą dezynwolturę, zarówno w kontekście swojego życia, jak i sztuki. Może wykorzysta Pani to, że krystalizuje się kolejna płyta? W roli głównej Maria-obserwatorka czy znów będzie się Pani zajmować głównie sobą? Tryptyk to zamknięty rozdział. Bardziej intymnie i radykalnie nie potrafię o sobie opowiedzieć, więc nastąpi nowe otwarcie. Nie wiem, co z tego procesu wyniknie, na pewno opowieść i to osobista. Mogę jedynie zapewnić, że nie będą to kolędy (śmiech).   Pan nie jest jej pasterzem Maria Peszek jest współautorką trzech długogrających albumów studyjnych. Tryptyk: Miasto mania (2005), Maria Awaria (2008) i Jezus Maria Peszek (2012) uczynił z niej jedną z najważniejszych i najbardziej kontrowersyjnych postaci polskiej sceny muzycznej. Teksty piosenek z jej ostatniej płyty wywołały ogólnopolską dyskusję na temat prawa do samostanowienia, patriotyzmu, wiary i depresji. Śpiewając „Pan nie jest moim pasterzem, a niczego mi nie brak”, „nie oddałabym ci Polsko ani jednej kropli” czy „nie chcę mieć dzieci” artystka spotkała się z ogromną krytyką środowisk konserwatywnych, zyskując jednocześnie rzeszę nowych fanów. Płyta w ciągu kilku dni uzyskała status złotej, by ostatecznie, podobnie jak dwa poprzednie albumy, pokryć się platyną.