Miała raka mózgu wielkości kurzego jajka. Zbieramy pieniądze na kolejną operację

Lekarze nie dawali jej wielu szans na przeżycie. Pożegnała się więc z synkiem pogodzona, że być może już nigdy go nie zobaczy. Wypłakała ostatnie łzy, ucałowała go najmocniej, jak umiała i pojechała do szpitala. Po narkozie przebudziła się jednak… w ciemności, która otacza ją do dziś. Magdalena Mucha z Zakrzewka koło Łysomic przeszła jedną z najcięższych operacji w historii polskiej onkologii. Wycięto jej z głowy raka większego od kurzego jaja.

– Cuda się zdarzają, nie mam najmniejszej wątpliwości – uśmiecha się Magda Mucha, która zamiast płakać i narzekać, szuka dłońmi wokół siebie dwuletniego brzdąca, Bartka. – Pierwszy cudem był on – mój synek. Boże, jak ja się cieszę, że go mam… Drugi to udana operacja. Miałam przecież umrzeć, a jednak żyję. Teraz przyszło mi czekać na cud trzeci. On nastąpi – wiem.

Kiedy siedzi przy stole, nastawiona jest na słyszenie. Po utracie wzroku wyostrzyły jej się pozostałe zmysły – dla widzącego niewidzialne. Z sąsiedniego pokoju wyczuwa, kiedy mały Bartek zapełni pieluchę. Z daleka też słyszy dźwięki, których wcześniej nie znała bądź nie zauważała. A smak? Tu akurat nastąpiła niezwykła przemiana.

– Wszystko, co jem, smakuje mi o wiele bardziej intensywniej – mówi Magda Mucha, mrużąc niewidzące oczy. – Kiedyś jadłam inaczej, inaczej żyłam. Na wszystko brakowało czasu, wszystko robiłam w biegu jak większość młodych ludzi.

Magdalena Mucha ma 28 lat. Po walce z chorobą nie odrosły jej jeszcze włosy. Zazwyczaj nosi chustkę, żeby zasłonić bliznę biegnącą przez całą prawie czaszkę. Nie widzi fotografii ślubnej na półce. Obrazy ma tylko w pamięci.

– Koleżanki mówią mi, że mąż się nic nie zmienił, ale Bartuś bardzo – nie kryje łez Magda. – Wiem, że urósł, ale nie zobaczyć tego? Jak matka może nie widzieć, jak rośnie jej dziecko? Za co te katusze? Za co ta kara? Dopóki żyję, zrobię wszystko, żeby znów patrzeć, jak biega…

Zanim zachorowała, była wizażystką. Mało kto potrafił jak ona precyzyjnie wytyczyć najdoskonalszą linię brwi, podkreślić kredką kształt ust, dobrać najodpowiedniejszy kolor nad oczy. Dumna była, patrząc na kobiety, z których wydobywała makijażem to, co najpiękniejsze. Malowała najpiękniejsze. Miss Polski również.

– Głowa zaczęła mnie boleć najpierw nocami, straszliwie. Nie wiedziałam, co mam ze sobą robić – jej twarz poważnieje, gdy przypomina sobie tamte dni. – To było lato ubiegłego roku. Zaczęłam chodzić do lekarzy. Jednego, drugiego, trzeciego… Każdy coś miał do powiedzenia, każdy snuł domysły. Aż wreszcie dostałam skierowanie na badanie tomografem. W oczach lekarki, która po badaniu poprosiła mnie do swojego gabinetu, widziałam, że jest źle albo jeszcze gorzej.

Diagnoza załamałaby każdego. Guz okazał tak wielki, że lekarze kręcili głowami z niedowierzaniem. Oprócz poważnej rozmowy z neurochirurgiem dochodziły do niej też półsłówka „niemożliwe”, „zobaczymy, czy się uda”, „wątpię”.

– Bałam się, jak nigdy wcześniej, ale czułam też dziwny spokój – Magda przechyla na bok głowę, a dłońmi wciąż szuka synka, siedzi obok, musi go musnąć, bo to zastępuje spojrzenie. – Myślałam, czy przeżyję, a jeśli nie, to jak mąż sam poradzi sobie z dzieckiem?

Pierwsze chwile po przebudzeniu przyniosły ruchome obrazy. Sądziła, że widzi… Lekarz wyjaśnił jej jednak, że to tylko projekcje mózgowe. Nerwy wzrokowe zostały trwale uszkodzone podczas operacji. Taki oto rachunek wystawił jej los za uratowanie życia.

Wróciła do Zakrzewka. Wtulona w męża, od niego uzależniona, w jego sercu schowana. Choć nie jest już tamtą piękną wizażystką, on wciąż kocha ją tak samo. Nawet bardziej. Zamiast poddać się, razem wstali i walczą. Tak potrafią kochać tylko prawdziwi mężowie.

– Mało brakowało, a jeden z okulistów odebrałby mi nadzieję – dodaje Magda Mucha. – Zbadał moje nerwy wzrokowe i stwierdził kategorycznie, że one nigdy już nie zadziałają. Po wizycie u niego wracaliśmy do domu w milczeniu. Położyłam się spać zrozpaczona. Mąż jednak spędził noc przy komputerze i znalazł nadzieję w Chinach…

Magda Mucha mieszka w domu rodzinnym męża. Wszędzie jeździ z teściową. Czule mówi do niej „mamo” i podkreśla, że choć czasem się spierają, to wdzięczna jest jej ogromnie i życzy każdej dziewczynie takiej teściowej.

– My się nie poddamy, kochamy Magdę i kochamy Bartusia – podkreśla twardo teściowa Magdy Muchy. – Znam tę dziewczynę, mój syn nie wybrał źle.

Wiadomość o utracie wzroku obiegła znajomych błyskawicznie. Lecz nie każdy odważył się do niej zadzwonić. Do dziś milczy na przykład jej druhna ze ślubu.

– Czekam, aż zadzwoni, bo wiem, że o mnie myśli… – uśmiecha się, ale tym razem smutno.

Nadzieja jednak jest. Na świecie jest klinika, która specjalizuje się w leczeniu szczególnie ciężkich przypadków okulistycznych. W dalekich Chinach opracowano metodę uzdrawiania półmartwych nerwów wzrokowych wszczepami z krwi pępowinowej. Koszt operacji jest jednak ogromny – wynosi co najmniej 150 tysięcy złotych.

– Uzbieraliśmy przez ostatni rok około 40 tysięcy, ale sporo jeszcze brakuje – poważnieje Magda. – Całe szczęście badania wykazują, że nie następuje pogorszenie, zatem wciąż jest szansa. Znam ludzi, którym w Chinach pomogli. Zrobię wszystko, żeby zobaczyć mojego synka. I zobaczę.

Wychodzimy. Magda staje w progu, szuka dłonią poręczy. Szybko na nią trafia. Powoli schodzi ze schodów, trzymając za kaptur małego Bartka. Potknęła się. Odruchowo przycisnęła dziecko do siebie, żeby tylko nie wypadło jej z rąk. Teściowa ani drgnęła.

– Magda sobie poradzi… To silna dziewczyna, ale trzeba jej pomóc.

Odwraca się, płacze bezszelestnie.

 

Współpraca: Monika Olender