Mieszkanka Osieka jest jedną z najdłużej pracujących kioskarek w regionie, a może i w Polsce

Nie ma mieszkańca Osieka, który nie wiedziałby, kto pracuje w kiosku. Hanna Zielińska zna wszystkich. Gdy turyści albo kurierzy pytają o konkretny adres, zawsze wie, gdzie ich pokierować. Z równą sympatią odnoszą się do niej dziadkowie, rodzice i dzieci. Bo kto mógłby się skarżyć na zawsze uśmiechniętą panią?

Do Osieka nad Wisłą można dojechać z dwóch stron – od Obrowa i od Silna. Drogi przecinają sie w strategicznym dla mieszkańców punkcie – nieopodal szkoły. Uczył się w niej każdy, kto dorastał w tej miejscowości. Vis-a-vis wejścia do placówki stoi kiosk – niegdyś RUCH-u, a teraz prywatny. Wiele od lat 70-tych zmieniło się w tej miejscowości. Pobudowano nowe budynki, setki ludzi się tutaj osiedliły. Nie zmieniło się jedno – pani z kiosku.

– Ciocia Hania jest z nami od zawsze – mówi Krzysztof Balewski, strażak-ochotnik z Osieka. – Gdy jako małe brzdące chodziliśmy do szkoły, to kupowało się u niej lizaki. Teraz człowiek zajrzy, żeby kupić gazetę i chwilę pogadać. Trudno o człowieka, który zarażałby większym entuzjazmem.

Ja tylko pracuję w kiosku

Nasza bohaterka nie czuje się jednak postacią kultową.

– Wywiad? Ze mną? – dopytuje z niedowierzaniem Hanna Zielińska, kiedy pojawiamy się w miejscowości. – Przecież ja tylko tu tylko siedzę… Od 42 lat.

Mieszkanka Osieka doskonale pamięta komunę. Gdy zaczynała pracę I sekretarzem KC PZPR był Edward Gierek, polska drużyna piłkarska zdobywała złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Monachium, a w Opolu największym przebojem była piosenka Andrzeja Dąbrowskiego „Do zakochania jeden krok”. Telewizorów we wsi prawie nie było, zresztą nie była to wielka miejscowość.

– Jakoś tak zeszło tyle lat – mówi z uśmiechem pogodna kioskarka. – Zawsze ktoś przychodził po gazetę. No i papierosy. Bez nich nie może istnieć kiosk. Zawsze sprzedawały się dobrze. Mam tutaj towary pierwszej potrzeby – poza prasą są drobne kosmetyki: mydełko, pasta do zębów, szampon do włosów czy płyn do naczyń. Musi być też trochę słodyczy dla dzieci. Po szkole składają się na chipsy albo inne łakocie. Nawet jak mają troszkę mniej, to nigdy im nie odmówię. Jakże bym mogła?

Kiosk czy biblioteka?

Rozmawiam z naszą bohaterką kilkadziesiąt minut. Jest sobota. Otwarte tylko do 13. Od poniedziałku do piątku kiosk jest czynny od 8 do 16. Zawsze.

– Nikt mnie nie zastępuje – mówi Hanna Zielińska. – Raz czułam się gorzej i poszłam do lekarza, żeby mi dał zwolnienie. Zastanawiałam się czy to jeszcze na moje zdrowie. Po dwóch tygodniach nie mogłam już jednak wysiedzieć w domu. Co ja miałabym robić innego niż siedzieć w kiosku?

Mieszkańcy Osieka nie wyobrażają sobie momentu, kiedy kioskarki zabraknie.

– Gdy tak do mnie mówią, to odpowiadam, że się nigdzie jeszcze nie wybieram – śmieje się ciocia Hania. – Mam dorosłą córkę i jedną wnuczkę. Przyzwyczaiłem się do tego, że ludzie do mnie przychodzą i zawsze zamienią kilka zdań.

Opowiadają jej o wszystkim. We wsi urodzi się dziecko, kioskarka tego samego dnia o tym wie. Mieszkańcy mają problem z drogą, zapalił się jakiś budynek lub woda zalała piwnice – tutaj rozmawia się o wszystkim. Kioskarz jest prawie jak spowiednik. Z tą różnicą, że nie daje pokuty.

W czasie naszej wizyty kiosk odwiedza kilku klientów. Prenumerujący gazetę codzienną przychodzą ją odebrać, jakiś facet kupuje 4 paczki papierosów, a inny przynosi… książkę.

– Oddałaby pani do biblioteki, bo dzisiaj jest zamknięta? – pyta mężczyzna po pięćdziesiątce.

– Nie ma najmniejszego problemu panie Staszku, przecież mam kilka kroków – odpowiada z uśmiechem ciocia Hania.

Odwraca się do mnie i opowiada z rozbrajającą szczerością, że zimą musi chodzić grzać się do biblioteki albo do szkoły. Budynek nie jest murowany i ogrzewany. W kioskach nie ma też toalet.

– Mam tu jedno krzesełko, więc nawet gościa nie ma gdzie posadzić – z prawdziwą troską mówi Hanna Zielińska. – Siedzę tutaj sama cały dzień. Wyczytam wszystko, co piszą w gazetach. Za darmo. Szydełkować i robić na drutach nie umiem. Czasem rozwiązuję krzyżówki.

Mieszkanka Osieka nie zainstalowała sobie w kiosku telewizora. Woli rozmawiać z ludźmi. Zna całe rodziny, bo obsługiwała kogoś w latach 70-tych, w 90-tych sprzedawała gazety dla ich dzieci, a teraz gumy do żucia dla wnuków.

– Osiek zmienił się w tym czasie nie do poznania – mówi Hanna Zielińska. – Wiele osób się tutaj osiedliło. Poznaję jednak nawet turystów, którzy przyjeżdżają latem nad wodę. Nie pamiętają jak dojechać i przychodzą do mnie. Dziwią się, bo byli tutaj kilka lat wcześniej, a ja nadal jestem w tym samym miejscu.

Powiernik idealny

Mieszkańcy są zgodni w ocenie kioskarki.

– Ciocia Hania jest zawsze uśmiechnięta – mówi Agnieszka, mieszkanka Osieka nad Wisłą. – Przychodzę do niej często po gazetę i różne drobiazgi. Zawsze zapyta jak moje zdrowie, jak się córki chowają i czy mąż zdrowy. To taka dobra dusza naszej wsi.

Załoga karetki, która wiosną jechała do umierającego Michała Kokota również pytała o drogę w kiosku.

– Myślałam, że to nic poważnego – mówi zafrasowana ciocia Hania. – Nie mogłam uwierzyć, gdy mieszkańcy przychodzili i mówili co się stało. Był moim gościem praktycznie codziennie. Brał kilka gazet, bo bardzo lubił je czytać. Bez niego nasza miejscowość nie będzie już taka sama.

Hanna Zielińska przeżywa z mieszkańcami Osieka chwile szczęścia, radości, ale także smutku i żalu. Jest zawsze w tym samym miejscu i czeka na klientów. Nie pracuje w kiosku dla pieniędzy, bo nie jest to praca wysokodochodowa. Nie wyobraża sobie jednak, żeby przed siódmą nie podciągnąć rolet i nie otworzyć kiosku. Przecież ktoś zawsze może czegoś potrzebować.