Mistrz z Ciechocinka jest lutnikiem od czterech dekad

Drewno musi grać. Bez tego nie powstaną żadne skrzypce, basy czy wiolonczele. Drzewo na instrumenty sprowadzane jest do Ciechocinka aż z Bieszczad. Połączenie sosny i jaworu, z których tworzy się pudło rezonansowe, pozwala wyzwolić ze skrzypiec przepiękne dźwięki.

W małym warsztacie przy Parku Zdrojowym w Ciechocinku od trzech lat swój zakład lutniczy prowadzi pan Zenobiusz Nowak. Sprowadził się tu z Bydgoszczy, gdzie przez całe życie ręcznie wykrawał z drewna instrumenty. W swojej pracowni tworzy skrzypce na wzór Stadivariusa Soil z 1714 roku. A wszystko zaczęło się pół wieku temu.

– Pierwsze nauki zawodu pobierałem w Technikum Budowy Instrumentów Lutniczych w Nowym Targu – mówi Zenobiusz Nowak. – Później przyuczałem się na prywatnych praktykach u lutnika w Zakopanem. Kilka lat później wstąpiłem do Związku Polskich Artystów Lutników, do którego przynależę do dziś.

Dalsze losy pokierowały artystę do Bydgoszczy, gdzie przepracował całe życie zawodowe. Od siedmiu lat jest na emeryturze. Podczas swojej artystycznej działalności wykształcił jednego ucznia, który ma w mieście nad Brdą własną pracownię.

– Zawodu można się nauczyć, ale trzeba jednocześnie czuć go całym sercem – mówi lutnik. – To nie tylko szlifowanie i wycinanie. To także praca z dźwiękiem. Wykształcony słuch jest bardzo przydatny podczas wybierania odpowiedniego drewna czy nastrajania instrumentu.

Jak mówi pan Zenobiusz, skrzypce są najlepszym wynalazkiem, który można było stworzyć. A te doskonałe muszą powstać z odpowiedniego drewna, najlepiej sprowadzanego z Bieszczad. To właśnie tam rosną najbardziej wytrzymałe sosny.

Przy budowie skrzypiec najważniejsza jest pierwsza faza. Wybór materiału odpowiedniej klasy pozwoli uzyskać ostatecznie piękny wydźwięk instrumentu.

– Drewno ma swój dźwięk – zaznacza lutnik. – Trzeba wyłapać te najlepiej brzmiące. Przy złym materiale nie pomoże nawet heblowanie. Każdy wyszlifowany kawałek zmienia głos skrzypiec.

Instrumenty strunowe pan Zenobiusz tworzy około pięciu tygodni. W tym czasie wycina z drewna odpowiedniej wielkości elementy, kształtuje i łączy je ze sobą. Następnie są one malowane specjalnym pędzlem, z włosiem wiewiórki syberyjskiej. Każdy instrument przechodzi później przez czujne oko twórcy, który własnoręcznie na nim gra. Ten właśnie test jest ostateczną oceną przydatności skrzypiec do dalszego, samodzielnego życia.

– Aby komuś przekazać skrzypce sam muszę na nich zagrać – dodaje mężczyzna. – Zdarza się, że po kilku tygodniach pracy stwierdzam, iż instrument nie nadaje się do gry. Jak zaczynałem swoją przygodę z lutnictwem nie dobrałem odpowiedniego drewna budując altówkę. Musiała zostać odłożona w kąt. W tworzeniu instrumentu ważny jest każdy milimetr, grubość, szerokość…

W dorobku pana Zenobiusza Nowaka jest ponad sto instrumentów, w tym dziesięć wiolonczel i jeden kontrabas. Najwięcej zaś skrzypiec i altówek, które kiedyś wyposażyły całą akademię muzyczną.

– Dokładnie już nie pamiętam do kogo i gdzie trafiły moje wszystkie instrumenty – podsumowuje artysta. – Na pewno są w filharmonii, jedne należą do Agnieszki Duczmal, polskiej dyrygentki,

altówka zaś zabrana została przez swojego nowego właściciela do Korei Południowej.

Skrzypce tworzone w Ciechocinku mają dusze. Choć to od człowieka oczywiście zależy, jak dusza ta będzie mogła się ujawnić. Prawidłowo zbudowane skrzypce powinny przetrwać nawet 200 lat. Budując je artysta tworzy piękny pomnik na lata.