Nad domem w Silnie wisiała klątwa. Do czasu, gdy śmierć zabrała jego ostatniego mieszkańca

W Silnie nad Wisłą powiadają, że kto nosi na czole bruzdę, ten nie skona w swoim łóżku. Takiemu pisana śmierć gwałtowna, na przykład na wojnie albo na sznurze, pod wodą, na poboczu drogi. Do domu Jadwigi Baranowskiej śmierć przywędrowała z Leningradu i wcale nie znaczyła swoich ofiar fałdą skóry na czole. W tej rodzinie cięła równo – wszystkich chłopów. Do ostatniego, który skonał niedaleko domu swojej babki.

Jak nazywała się naprawdę i kim rzeczywiście była, nikt już się nie dowie. Jadwiga Baranowska w Silnie w gminie Obrowo pojawiła się tuż po II wojnie światowej. Przyszła z radzieckim wojskiem. Zamiast pójść dalej, na Berlin, wolała zostać we wsi nad Wisłą w czerwonym, murowanym domu. Ponoć miał bardzo solidny dach i rosły wokół niego drzewa owocowe. Na ziemiach, z których pochodziła, takie sady były tylko przy biurach naczelników kołchozów.

– Co z niej za Baranowska, to przecież była prawdziwa Rusajka, a polskie nazwisko przyjęła, żeby sobie u nas ułatwić – wspominała Stefania Balewska z Silna swoją sąsiadkę. – Po co się zarzekała, że jest Polką, jak zaciąga gorzej jak tamci ze Lwowa. Pewnie się bała, że ludzie Rusajki tu nie będą poważać. Dlatego wciąż powtarzała, że ona do Polski przyszła w mundurze jako wyzwolicielka.

Dziś w Silnie nikt już nie pamięta, jak Baranowska ubrana była pod koniec stycznia tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego. Pamięć się zatarła, grobów ludzi z tamtych czasów już nie ma. Na wsi mało kto ogląda się za siebie.

– Mówiła mi, że była pielęgniarką, ale wiadomo po co pielęgniarki szły za wojskiem – Stefania Balewska uśmiechała się szeroko. – No i ona do roboty taka szybka nie była. Jak człowiek w polu robił, to przecież od razu widać było, kto grabie ma do ręki, a kto do dupy.

Kolektyw słuchał

W powojennym Silnie ludzi było mało. Mieszkały tu w zasadzie tylko dwie polskie rodziny – Malanowskich i Popławskich. Resztę domów wznieśli Niemcy. Gdy zbliżali się żołnierze Armii Czerwonej, większość z nich uciekła do resztek Rzeszy, pozostawiając za sobą domy, zagrody, obory, maszyny rolnicze i sady.

– Pamiętam z opowiadań babci, że czas wejścia Armii Czerwonej zapamiętał każdy, kto wtedy w Silnie mieszkał – mówi Paweł Malanowski, rodowity mieszkaniec Silna, w którego żyłach płynie krew obu największych miejscowych rodzin. – Niemcy uciekali, jak się dało – pieszo, na wozach albo wierzchem. Na niewiele to się zdało, bo podobno prawie wszyscy zginęli podczas przeprawy przez Wisłę. Przyszło jednak nowe, bo osiedlili się tu zupełnie nowi ludzie.

Jadwiga Baranowska nie urodziła się w Polsce, ale szybko wstąpiła do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Na zebraniach partyjnego kolektywu nieraz przedstawiano ją jako córę Miasta Bohatera – Leningradu. A ona zaciągając, opowiadała dzieje bohaterskich ludzi radzieckich, którzy gołymi rękami obronili miasto przed faszystowskim najeźdźcą. Po zebraniach kolektyw przechodził do mas, czyli pod sklep, na wódkę. Tam Jadwiga Baranowska opowiadała już inne historie. O zjadanych szczurach, a dzieciach, które smakują inaczej niż nawet szynka dojrzałych kobiet i o tym, że nie ma nic silniejszego od chęci przetrwania…

Ucieczka przed Wigilią

– Choć w szkole pracowała jako woźna, to zachowywała się i ubierała jak dyrektorka – wspomina Joanna Balewska, dawna nauczycielka w nieistniejącej już szkole w Silnie. – Nie był to człowiek bezkonfliktowy, co było widać zwłaszcza po jej młodszym synu, Piotrze – bardzo zdolnym i inteligentnym uczniu, jednak jego relacje z matką układały się wprost tragiczne. W latach 70-tych szkoła nie miała takich uprawnień jak dziś i nawet kiedy widzieliśmy, że dziecko w domu bito, niewiele dało się zrobić.

Na wsi nawet to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, nie jest tajemnicą. W Silnie wszyscy więc wiedzieli, że Baranowska synów traktowała nierówno. Starszy Mirek był jej oczkiem w głowie. Młodszego Piotra codziennie tłukła pogrzebaczem. Zaczął się jąkać, odzywał się coraz rzadziej. Gdy miał osiem lat, przed Bożym Narodzeniem uciekł z domu. Dotarł do granic znanego mu świata – do sosnowego zagajnika nad Wisłą, półtorej godziny drogi od domu. Przemarznięty i posiniaczony.

– Ona go nie lubiła, bo przypominał jej męża – wspominała Stefania Balewska. – Nie tylko był do niego podobny i miał jego posturę, ale też łagodność. To ją zawsze denerwowało, bo ona wolała silnych chłopów, takich łajdaków…

Kiedy Piotr skończył 22 lata, na pamięć znał już wszystkie wspomnienia matki z oblężonego Leningradu. Głowę pełną miał okrutnych wojennych opowieści, blizny po pogrzebaczu przestały już boleć, a tęsknota za światem bez wyzwisk i przemocy nie dawała mu spać.

– Powiesił się na starej sośnie niedaleko domu – dodaje Joanna Balewska. – Mało kto nie myślał wtedy, że powiesić powinien się Mirek, bo był z niego leń i pijak, zwykły truteń.

Mirek śmiercią brata przejął się bardziej niż matka. Przez kolejne lata swojej chłoporobotniczej kariery zapijał się czym popadło, wznosząc kolejne toasty za pamięć o Piotrze.

– Poza piciem nie robił w zasadzie nic – mówią mieszkańcy Silna. – Od rana przesiadywał pod sklepem, czasem najwyżej załapał jakąś dorywczą robotę. Ale wszystko co zarobił, od razu przepijał.

Jakim cudem udało mu się znaleźć kobietę, nie wie nikt. Przecież Mirek ani piękny, ani mądry, tym bardziej bogaty. Coś jednak w sobie mieć musiał, bo udało mu się spłodzić syna, Sebastiana. Na swój wzór i podobieństwo. Chłopak odziedziczył pewność siebie po babce, a tęgą głowę po ojcu. Kiedy dorósł, zaczął mu szybko towarzyszyć w debatach pod sklepem. Ojca rozpierała duma, kiedy syn wypił pierwszą szklankę wódki bez skrzywienia, mimo że miał jeszcze mleko pod nosem.

Przed śmiercią Jadwiga Baranowska próbowała zaszczepić we wnuku dobre wychowanie. Pogrzebacz w ruch poszedł nieraz, ale Sebastian nie dał się złamać jak wuj. Któregoś razu oddał babce z nawiązką. Więcej już przed pogrzebaczem bronić się nie musiał. Babka wkrótce zmarła.

– Na jej pogrzebie nie było zbyt wielu ludzi, mało kto ją lubił, choć w kościele przesiadywała całymi dniami – dodaje Joanna Balewska. – Nie wiem czemu, ale właśnie wtedy przypomniało mi się, jak namawiała moją mamę, żeby wyrzuciła z domu syna swojej zmarłej siostry, który wychowywał się razem z nami.

Zostać tu do śmierci

Mirek matkę przeżył o ledwie parę lat. Spędzał je na nocnych walkach z alkoholowymi potworami. Sąsiedzi wielokrotnie słyszeli jego ryki i wrzaski, którymi bronił się przed delirycznymi zjawami. Aż wreszcie przypomniał sobie, jak brat uwolnił się od matki. Znalazł swoją sosnę. Taką samą.

Po śmierci ojca Sebastian zmienił się, ale na gorsze. Zaczepiał, wyzywał, obrażał kogo tylko mógł, a do roboty miał dwie lewe ręce. Zamieszkał w domu babki. Podobno matka namawiała go, żeby wyprowadził się z tego przeklętego miejsca, ale on powtarzał, że pójdzie w ślady babki i zostanie w Silnie do śmierci.

– Chłopaki na wsi różne mają charakterki, ale nawet nasze wiejskie łobuzy Sebastiana wolały omijać – mówią mieszkańcy Silna. – Nie dlatego, że taki niebezpieczny, po prostu nikt go nie lubił. Miał w sobie coś złego. Cokolwiek mówił, cokolwiek robił, zawsze chciał czyjejś krzywdy albo sprawić komuś przykrość.

Kilka miesięcy temu Sebastian o mało nie postradał życia, kiedy jeden z jego sąsiadów stracił cierpliwość do powtarzających się obelg i złośliwości pod adresem chorego członka rodziny. Po tamtej bójce przez kilka tygodni chodził z podbitymi oczami.

Pod koniec lipca wybrał się nad jezioro po żwirowni, położone kilkaset metrów od rodzinnego domu. Chodził tam często, żartował, że ma swój kawałek plaży. I choć nad brzegiem stały znaki zakazujące kąpieli, Sebastian tam nurkował.

– Nie ma co ukrywać, popiliśmy tego dnia tęgo – mówi sąsiad Sebastiana. – Odpłynął od brzegu kilkadziesiąt metrów, kiedy chyba złapał go skurcz. Zaczął mnie wołać, żebym mu pomógł. W pierwszej chwili sądziłem, że sobie robi żarty, ale po chwili już wiedzieliśmy, że naprawdę walczy o życie.

Koledzy siedzący na brzegu nie zdążyli z pomocą. Sebastian zniknął pod wodą. Płetwonurkowie szukali go przez trzy i pół godziny.

Kiedy zwłoki Sebastiana zostały wystawione w kostnicy, pojawiła się tam jego matka. Wyjęła plik pieniędzy i zażądała, aby ciało syna przewieźć do jej rodzinnego Drawska.

– Nie pozwolę, żeby leżał w tej przeklętej ziemi… – powiedziała, zamykając drzwi karawanu.