Nasze życie opiera się na stałej pomocy [wywiad]

Janina Ochojska (fot. Łukasz Piecyk)

„W stanie wojennym również uciekaliśmy. Znaleźliśmy jednak tych, którzy nas przyjęli. Według mnie dla Polski kwestia uchodźców jest wielką klęską moralną”. O niesieniu pomocy, głodzie, niepełnosprawności i premierze filmu „Janka” z Janiną Ochojską, bohaterką dokumentu, założycielką Polskiej Akcji Humanitarnej, rozmawiał Michał Ciechowski

Dlaczego zdecydowała się pani na stworzenie tego dokumentu? 

Mówiąc nieskromnie: prędzej czy później i tak film by o mnie powstał. Reżyserki Adeli Kaczmarek wcześniej nie znałam, po kilku spotkaniach zrozumiałam jednak, że ta dziewczyna spojrzy na moją osobę z innej perspektywy. Zobaczy nie tylko Jankę Ochojską, która jeździ z konwojami po świecie i organizuje pomoc, ale Jankę jako człowieka – to, co przywiodło mnie do momentu, w którym dziś się znajduję. 

Miała pani wpływ na formę filmu? 

Zostawiłam Adeli całkowitą wolność twórczą. Projekt realizowany był aż 7 lat. W tym czasie dużo ze sobą rozmawiałyśmy. Nie wiedziałam jednak, jaki miał być jego efekt końcowy. Reżyserka mówiła o narysowaniu mojego dzieciństwa i poszukiwaniach materiałów archiwalnych. To doskonały dokument epoki, w której się wychowałam. Byłam też świadoma, że gdy Adela pojedzie ze mną na misję syryjską, do obozu w Turcji czy na Ukrainę, również będzie zbierać materiały do filmu. Miała swoją wizję, a ja jej pracy nie utrudniałam. 

Czy jest coś, czego nie chciała pani w tym dokumencie ujawniać? 

Nie, ten film jest dowodem na to, że nie mam nic do ukrycia. Po moim udziale w proteście rodziców osób niepełnosprawnych doszły mnie słuchy, że ktoś szuka na mnie haka. Niczego się nie wstydzę. Produkcja ta nie opowiada jednak całego mojego życia, ponieważ trudno w ciągu 50 minut wszystko pokazać. Nie sądziłam jednak, że okaże się on dziś aż tak aktualny. Film odpowiada m.in. na problem osób niepełnosprawnych. Pokazuje, jak taka osoba dochodzi do czegoś, co na pierwszy rzut oka jest przekroczeniem jej możliwości.  

Podczas wspomnianego protestu nie wpuszczono pani do Sejmu RP. Dlaczego zdecydowała się pani zaangażować w tę sprawę? 

Nie zajmuję się polityką, a w mojej działalności społecznej wybrałam temat humanitaryzmu, czyli tego, co mnie interesuje najbardziej. Sama jednak jestem osobą niepełnosprawną, zdaję więc sobie sprawę, jak ważnym procesem dochodzenia do zdrowia był dla mnie okres rehabilitacji. Ja otrzymałam nadzwyczajną szansę – mogłam studiować i robię to, co jest dla mnie najważniejsze. Wiem jednak, że osoby niepełnosprawne nie mają w Polsce takich możliwości. Przez pierwsze dni protestu się nie angażowałam, ponieważ byłam pewna, że szybko się on zakończy powodzeniem. To, o co prosili protestujący, to oczywistość. Gdy z akcji tej zrobiła się demonstracja polityczna, chciałam z protestującymi tylko porozmawiać. Okazało się jednak, że wejście do Sejmu RP jest niemożliwe. Byłam więc pod budynkiem w Dzień Matki i w chwili, kiedy z niego wychodzili, by nie czuli opuszczenia gmachu jako swojej klęski. Niepełnosprawni są cały czas ludźmi drugiej kategorii. Będąc osobą publiczną, w pewnych sprawach milczeć nie można. Dla mnie protest ten był wołaniem zrozpaczonych ludzi o pomoc. 

W pewien sposób pani im również pomogła. Podobnie jak przez ponad 25 lat ludziom na całym świecie. Jak dziś funkcjonuje Polska Akcja Humanitarna? 

Głównie organizujemy misje stałe. Ta w Sudanie Południowym jest naszą największą. Niesiemy pomoc w 4 hrabstwach, budując studnie, a jest ich już ponad 700, czy opiekując się uchodźcami, by w miejscu, w którym przebywają, mieli dostęp do wody, pożywienia i sanitariatu. Dajemy lokalnej społeczności możliwości, dzięki którym mogą się rozwijać. Działamy na bardzo dziewiczym terenie, w miejscach, które trudno nam sobie wyobrazić. 

Trudno nam wyobrazić sobie również głód. W Polsce możemy mówić tylko o niedożywieniu. 

Głód boli. Jeżeli zaburczy nam w brzuchu, to prędzej czy później coś zjemy. Gdy człowiek tego zrobić nie może, czuje ból fizyczny i psychiczny. Staje się świadomy śmierci, która z braku pożywienia wkrótce nastąpi. U nas nie ma dzieci głodujących. Tu nikt z głodu nie umiera. Jest za to problem niedożywienia. Nie raz słyszałam, że pomagamy w Somalii czy Syrii, nie interesując się głodnymi polskimi dziećmi. To nie ta skala głodu. Jeszcze kilka lat temu myślałam, że dożywianie dzieci w szkołach stanie się programem rządowym. Teraz wiem, jak bardzo się myliłam. Patrząc na to, co dzieje się na świecie, warto pamiętać, że nasze życie opiera się na stałej pomocy. Bez drugiego człowieka byśmy nie istnieli. 

Nie każda pomoc jest pomocy równa. Dziś jeszcze rozdaje się pożywienie? 

W Somalii, w obozach dla uchodźców, rozdajemy kobietom komórki. W Polsce wydaje nam się, że posiadanie telefonu komórkowego jest luksusem. Tam nie. W kraju tym jest to podstawa ludzkiej egzystencji. W Somalii nie ma obrotu pieniądza, a wszystkie płatności dokonuje się przy pomocy właśnie tego urządzenia. W chwili, gdy kobieta nazbiera drewna lub zrobi komuś pranie, może odebrać swoją zapłatę dzięki komórce. Zobaczmy, jak zmienia się obraz naszej pomocy. Dziś polega on na daniu impulsu do dalszego rozwoju. 

Obraz naszej pomocy diametralnie się zmienia, gdy wspomnimy o uchodźcach. Dlaczego tak się dzieje? 

Zamykamy się na pomoc innym ludziom. Nie pamiętamy już, że my przed laty byliśmy tacy sami. W stanie wojennym również uciekaliśmy. Znaleźliśmy jednak tych, którzy nas przyjęli. Według mnie dla Polski kwestia uchodźców jest wielką klęską moralną.