Niesamowita historia rzeźbiarza z Nieszawy. Jego prace podziwiał święty Jan Paweł II

Wszystkie praca natychmiast sprzedaje. Została nieukończona rzeźba Chrystusa (fot. Łukasz Piecyk)

Donatello na widok Chrystusa dłuta swojego przyjaciela Brunelleschiego oniemiał. Kiedy odzyskał mowę, wyznał ze skruchą: „Rzeźbienie Pana naszego to twoje dzieło. Mi pozostaje rzeźbić wieśniaków”. Zapytany o swojego mistrza nieszawski rzeźbiarz Piotr Wiśniewski odpowiada: „Miałem dwóch. Pierwszym był chłop z Niestuszewa, Skubik, który uczył mnie o drewnie. Drugim Brunelleschi.”

Gdy miał pięć lat, spadł z dachu i doznał pęknięcia czaszki. Przeżył cudem. Jako 12-latek przepłynął Wisłę wpław.
– Zdaje mi się, że już wtedy czułem, że skoro udało mi się przeżyć, to musi być w tym jakiś głębszy sens – mówi Piotr Wiśniewski. – Poszukiwanie tego sensu zajęło mi lata.
Od dziecka pracował jako hydraulik w zakładzie ojca. Potem poszedł do technikum samochodowego. Młodość spędził w warsztacie.
– Pewnego dnia w księgarni we Włocławku zobaczyłem rzeźbę Matki Boskiej. Nie mogłem się nadziwić, że taka mała figurka kosztuje aż tyle. Wydało mi się oczywistym, że sam mogę zrobić taką samą. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. To był ten sens, którego szukałem.
Tę pierwszą rzeźbę podarował żonie. Z następnymi pojechał do sklepu z dewocjonaliami we Włocławku. Wzięli wszystkie. Wieść o utalentowanym młodym człowieku poszła w świat. Zaczął otrzymywać pierwsze zamówienia. Z czasem coraz poważniejsze.
Najważniejszym była kopia Matki Bożej Bolesnej Skulskiej „Pieta z 1420 roku” wykonana w topoli w skali 1:1. Sprawa była gardłowa. Oczekiwano przyjazdu Ojca Świętego do Polski, który miał rzeźbę koronować. Niestety prace konserwatorskie nad oryginałem utknęły na takim etapie, że nie było żadnych szans na ich ukończenie. Kościół potrzebował repliki. Nikt nie chciał się podjąć takiego wyzwania: skopiowania XV-wiecznej rzeźby i to w 6 tygodni. On powiedział, że zdąży.
– Spałem po 4 godziny dziennie. Nie odchodziłem od rzeźby nawet na moment. Zasypiałem z nią, jadłem przy niej. Zdążyłem.
Jan Paweł II koronował pietę w Gnieźnie 3 czerwca 1997 roku. Następnie odbyła peregrynację po całej diecezji. Nikt się nie zorientował, że to kopia. Nawet eksperci.
Kolejne prace były równie doniosłe. Wiśniewski wykonał figurę Chrystusa Ukrzyżowanego do repliki „Drzewa życia” będącego częścią ołtarza papieskiego w Kościele Miłosierdzia Bożego w Toruniu. Wyrzeźbił też postać Jezusa-Siewcy, dar dla Jana Pawła II od Krajowego Stowarzyszenia Sołtysów. Obecnie znajduje się ona w Rzymie.
– U dołu są nazwy trzech miast: Kraków, Częstochowa i Wadowice. Ale dodałem też coś od siebie: w miejscu zupełnie niewidocznym, na pięcie Chrystusa, wyrzeźbiłem „Nieszawa”.
Istnieje również wiele prac autorskich Wiśniewskiego. W rodzinnej Nieszawie znajduje się jedna z jego pierwszych rzeźb: Kolumna św. Antoniego. Dla franciszkanów wykonał posąg św. Antoniego. I wiele, wiele innych.
W roku 1999 nieszawski rzeźbiarz-samouk Piotr Paweł Wiśniewski został przyjęty w poczet członków Związku Polskich Artystów Plastyków. Kandydat uzyskał 8 głosów „tak” i 2 „nie”.
***
Odnalezienie domu Piotra Wiśniewskiego trudne nie jest.
– Prosto i w prawo przed gorzelnią – mówi jeden z mieszkańców.
Dom jest nieotynkowany. Na piętrze nie wstawiono okna (jest zima). Wokół walają się najróżniejsze przedmioty: potłuczone butelki, połamane krzesła, stare buty. Ścianę po prawej stronie drzwi podpiera nieukończona rzeźba Chrystusa. Całość przypomina plac budowy, o której ktoś dawno zapomniał.
W obdrapanych drzwiach staje mężczyzna. Wygląda na żyjącego w skrajnej nędzy. Jest jednak bardzo serdeczny. Uprzejmie zaprasza mnie do środka.
Wnętrze jest w stanie surowym. Gołe cegły. Posadzkę zalega gruz, stare wiadra, szmaty. W kącie kanapa zarzucona brudnym kocem, stolik z telewizorem i mała szafka. Na niej otwarta Biblia. To wszystko. Gospodarz zachęca mnie bym usiadł, ale reflektuje się, że nie ma na czym.
– Chciałem do pana zadzwonić, ale to chyba niemożliwe? – pytam.
– Miałem telefon, ale wpadł mi do czajnika.
Rozglądam się wokół. Od tego pytania nie daje się uciec.
– Nie żyje pan w luksusie. Czy człowiek z pańskim talentem nie mógłby żyć na pewnym poziomie?
– Co pan przez to rozumie? – Piotr Wiśniewski wygląda na zdziwionego.
– Mam na myśli zwykły, przyzwoity standard.
– Czyli powinienem mieć większy telewizor i dwa fotele? To byłby ten standard?
Zdaje się, że artysta nie przywiązuje przesadnej wagi do świata materii.
– Proszę powiedzieć, na ile wycenia pan swoje rzeźby?
– Ile ludzie dadzą.
– Czyli „co łaska”?
– Nigdy nie dbałem o pieniądze. Dostałem talent od Boga na pewno nie po to, by na nim zarabiać. Zależy mi tylko na tym, by rzeźby powstawały. To ma być dla innych przyczynek do modlitwy. To mój cel.
– Ale kiedy ktoś pyta ile kosztuje dana rzeźba, co pan odpowiada?
– Tyle, co chłop przy łopacie dostaje za godzinę. Razy ilość godzin, które spędzę przy pracy.
Wewnątrz unosi się charakterystyczny zapach. Staram się, by kolejne pytanie zabrzmiało jak najmniej retorycznie.
– Ma pan problem z alkoholem?
– Piłem długo. Później 2 lata wcale. Ale po śmierci żony to wszystko wróciło. Nie dałem rady.
– Jest pan człowiekiem głęboko religijnym. Jak pan godzi alkohol z rzeźbieniem świętych figur?
– Przed rozpoczęciem pracy spowiadam się, modlę. Wtedy nie piję. To jest trudne. Czasem muszę używać środków drastycznych. Często każę mamie, by mnie zamknęła w pokoju i nie wypuszczała, póki nie skończę. To samo było u franciszkanów. Poprosiłem ojca przełożonego, by mnie zamknął w klasztorze, o ile naprawdę chciał, bym pracował.
– Wiem, że cieszy się pan pewną sławą. Zdaje się jednak, że nie uczęszcza pan na proszone rauty?
– Nigdy nie zadzierałem głowy. Dostałem na przykład zaproszenie do Gniezna na koronację przez Ojca Świętego mojej piety, ale odmówiłem. Sława to zaraza.
– Dlaczego?
– Rodzi zawiść. Kiedyś, po jakimś wywiadzie, sąsiad mnie podpieprzył, że buduję dom nielegalnie. Miałem też mnóstwo innych przykrości. Kiedy przyjmowano mnie do Związku Polskich Artystów Plastyków 8 osób było za, a tylko dwie przeciw. Obie z Torunia. O czym to świadczy? Ale nie chcę tego rozpamiętywać.
Kończę pytaniem, które zadać muszę.
– Jest pan człowiekiem szczęśliwym?
Wiśniewski uśmiecha się. Wychodzimy przed dom.
– Podwiezie mnie pan kawałek?
– Oczywiście.
Wysiada na nieszawskim rynku. Żegna się i znika w drzwiach baru.