O kolędach słów kilka…

Fot. Łukasz Piecyk

Kolęda to pieśń bożonarodzeniowa, nawiązująca do narodzin Chrystusa. Najstarsza polska kolęda pochodzi z roku 1424 i nosi tytuł „Zdrów bądź, królu anielski”. 

Wywodzi się z tradycji ludowej. W toku dziejów przejęta została przez wielu kompozytorów, którzy pisali własne utwory tego typu. Jest szeroko rozpowszechniona i wykorzystywana w nabożeństwach religijnych przez chrześcijan. Każdego roku odbywa się w Polsce wiele przeglądów i festiwali kolęd. Największym jest Ogólnopolski Festiwal Kolęd i Pastorałek w Będzinie. 

Pierwsi autorzy kolęd czerpali motywy do swoich utworów z ewangelii synoptycznych. W wiekach następnych inspiracje zapożyczano również z pism apokryficznych oraz literatury średniowiecznej. Z czasem weszły na stałe do tradycji świąt Bożego Narodzenia, a także do liturgii kościoła katolickiego – przynajmniej w tym sensie, że nie wyobrażamy sobie w tych dniach mszy bez kolęd. 

W liturgii każdemu dniu przysługuje konkretna pieśń. Jednakże w okresie Bożego Narodzenia zasady te ulegają w pewnym stopniu zawieszeniu. W kościołach zaczynają królować kolędy. I jeśli są dobrze dobrane do danego momentu liturgii, to spełniają swoje zadanie w dwójnasób. Dla przykładu: znakomicie współgra z komunią czy uwielbieniem kolęda „Gdy się Chrystus rodzi”. Podobnie do idei procesji pasuje „Pójdźmy wszyscy do stajenki”, tak jak do motywu stajenki odpowiednia jest kolęda „Wśród nocnej ciszy”. W czasie ofiarowania darów można z kolei z powodzeniem śpiewać „Mędrcy świata”. 

– Zasadniczo w czasie liturgii wolno śpiewać większość kolęd, o ile należą do śpiewnika ks. Jana Siedleckiego – mówi ks. Paweł Nowogórski, dyrektor Centrum Edukacji Młodzież w Górsku. – Są to pieśni powszechnie uznane. 

Nieco inaczej ma się kwestia doboru kolęd wśród protestantów. Śpiewa się również niemal wszystkie, są jednak dyskretne wyjątki ze względów teologicznych. 

– Pewne preferencje wynikające z treści kolęd jednak w kościołach ewangelicznych istnieją – mówi pastor protestancki z Torunia Michał Prończuk. – Raczej rezygnujemy ze śpiewania kolęd: „Oj, maluśki, maluśki”, „Gdy śliczna panna” i „Lulajże, Jezuniu”. Akcentują one bowiem jedynie ludzki aspekt Jezusa. Jego dziecięctwo jest zbyt mocno w tych pieśniach podkreślane. Nie ma w nich mowy o tym, co jest istotą przyjścia Jezusa na świat, czyli zbawienia. Nie mówi się w nich o Chrystusie Królu, czyli o tym, o czym traktuje większość pieśni protestanckich. Nie chodzi o błędy teologiczne, ale o to, że na coś innego jest położony nacisk. Nie ma w tych pieśniach treści ewangelicznej, mówiącej o świadomym wyborze, o które chodzi w protestantyzmie. 

Pomimo pewnych różnic śpiewanie kolęd wśród chrześcijan nie zamiera. Nie tracą na popularności, w odróżnieniu od muzyki ludowej. 

– Dziś wygląda to tak, jakbyśmy pozornie śpiewali mniej kolęd – dodaje ks. Nowogórski. – Pamiętam, że moja babcia potrafiła śpiewać pastorałki po 60 zwrotek. Dziś słyszy się co najwyżej dwie, trzy. Jednak z drugiej strony wyjątkowość kolęd polega na tym, że otwierają one ludzkie serca. Dzięki nim doświadczamy wspólnoty w śpiewie. Nie sądzę, aby kiedykolwiek straciły na znaczeniu. „Cichą noc” chętnie śpiewają nawet niewierzący, bo im się podoba. Bo to po prostu piękna pieśń. 

– Na pewno śpiewamy mniej kolęd od katolików – wyjaśnia pastor Prończuk. – Obserwuję jednak pewien trend reaktywacji starych kolęd. Poszukuje się mniej znanych pieśni i je nagrywa. Aby nie uległy zapomnieniu.