Płomienie sukcesu. Zaglądamy do miejsca, gdzie powstają świece marki Candellana

Stawiamy na zespół, ludzi, którzy tworzą ten sukces - mówią założyciele Candellany fot. Łukasz Piecyk)

Stworzyli świeczki dla Facebooka, Slayera, A Perfect Circle, Motorhead czy Ghost. Dziennikarze „Poza Toruń” jako pierwsi zajrzeli do fabryki, w której produkowane są woskowe arcydzieła.

Zaczynali na dziesięciu metrach kwadratowych, produkując miesięcznie trzydzieści świec. Dziś swoje produkty wysyłają w kontenerach do państw Europy i Stanów Zjednoczonych. Wystarczyły dwa lata, by z maleńkiej firmy stworzyć miejsce dla sztuki rozpoznawalnej na całym świecie. Jak podkreślają założyciele Candellany – Monika Mitoraj i Marek Kaliński – sukcesem firmy są ludzie, którzy tu pracują.

Na początku jest projekt. Zaakceptowany trafia do drukarki tworzącej przestrzenne prototypy używane do stworzenia sylikonowych form. Te w późniejszej fazie produkcji zalewane są parafiną i, uzupełniane o knoty, trafiają na sezonowanie do chłodni. Stamtąd już prosta droga do ręcznego ich czyszczenia i kontroli jakości. Świece uszkodzone trafiają do ponownego przetopienia, te idealne – do magazynu. Ostatnią fazą produkcji jest lakierowanie.

Tak proces tworzenia świec, w których zakochał się świat, wygląda w praktyce. Produkty firmy Candellana stworzone zostały między innymi dla zespołów Motorhead, Slayer czy Ghost. Produktami spod Torunia zainteresowały się Facebook oraz Muzeum Powstania Warszawskiego.

– Dziś świece wysyłamy głównie do krajów europejskich oraz do Stanów Zjednoczonych – tłumaczą właściciele. – Bardzo dużą popularnością cieszą się te w kształcie dłoni. Najlepiej sprzedaje się ta prezentująca środkowy palec. Zabawne jest to, że popyt na nią wzrasta szczególnie przed świętami.

Na każdym etapie produkcji obecny jest człowiek. Nad jakością wykonania czuwa teraz sama Monika Mitoraj.

– Jesteśmy bardzo wymagający w stosunku do jakości świec – tłumaczy. – Wciąż chcemy je ulepszać. Wiemy, gdzie pojawiają się problemy i staramy się je niwelować. Nasze produkty przechodzą testy – sprawdzamy jakość knota, jego czas palenia, a także wszelkie niedoskonałości wizualne.

W tym roku właściciele wraz z pracownikami wyjechali na targi do Kolonii. I choć dopiero co wrócili, już szykują się do kolejnych wyjazdów.

Droga, którą przeszli twórcy Candellany, nie zawsze jednak usłana była różami. Trudne początki pozwoliły im cieszyć się nawet z małych sukcesów.

Ich pierwszą pracownią był niewielki pokój na czwartym piętrze jednej z toruńskich kamienic. Tam w małym garnuszku roztapiali parafinę, by stworzyć z niej autorską świecę. Nieprzespane noce, stres i niepewność dalszych losów projektu są sumą tego, co dziś nam prezentują.

Biznes ten kiełkował powoli. Na początku był start-up YouArtMe. Pomysł ten zrodził się Markowi Kalińskiemu w 2012 r. Otrzymując wsparcie finansowe, stworzył portal do komercjalizacji sztuki. Start-up ten okazał się jedną z dwudziestu najlepszych e-usług w Polsce według Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

– Szukałem nowych nośników dla designu – tłumaczy. – Jednak to świece stały się produktem, z którym chciałem pracować. W jednej chwili z pracy z podwykonawcami przeszedłem na proces, który wraz z Moniką opanowaliśmy do perfekcji. Candellana to marka, która tworzy świece od fazy projektu po gotowy do sprzedaży produkt.

Pierwsze autorskie świece próbowali sprzedać lokalnym kwiaciarniom. Bez większych rezultatów wrócili również z ich promocji w Warszawie. Dopiero drugi wyjazd do stolicy zaowocował sukcesem i pierwszym otwartym szampanem.

– Liczba zamówionych wtedy świec przewyższała nasze możliwości produkcyjne – śmieje się Dawid Klugowski, dyrektor handlowy. – Miesięcznie potrafiliśmy wyprodukować około trzydziestu świec. Zrobiliśmy wszystko, by wtedy zdążyć.

Rozwijając firmę, łączyli dwa światy: problemów, z którymi musieli się mierzyć i przedsiębiorstwa, które miało szansę na sukces.

Stawiająca sobie coraz większe wyzwania firma rok temu przeniosła się do Lubicza Dolnego. Dlaczego właśnie tam, a nie pod Warszawę? Jak podkreślają właściciele firmy, naturalnym źródłem ciążenia byli ludzie, którzy z nimi tworzyli markę.

– Projekt ten chcemy rozwijać z konkretnymi osobami – tłumaczą. – Działalność finansowaliśmy ze środków własnych, musieliśmy więc wtedy też myśleć o kosztach utrzymania. A te z pewnością są w tych rejonach mniejsze.

Suma wielu wyrzeczeń i ciężkiej pracy zaowocowała. Niespełna miesiąc temu firma Candellana zaprezentowała się szerokiej grupie odbiorców.

– Chcieliśmy pokazać się dopiero wtedy, kiedy będziemy mogli się czymś pochwalić – tłumaczy Marek Kaliński. – Punktem przełomowym dla nas było spotkanie na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Zaprosiliśmy uczelnię do wzięcia udziału w postępowaniu przetargowym na realizację vouchera badawczego Kujawsko-Pomorskiej Agencji Innowacji. Dzięki niemu chcemy opracować siedemdziesiąt sześć nowych wzorów świec wraz z wydrukami w technologii 3D. Ponadto zależy nam na wprowadzeniu dwóch innowacyjnych rozwiązań – sposobu na ograniczenie zużycia sylikonu w procesie produkcji oraz usprawnienie druku techniką 3D.

Zaufanie dla nich jest najważniejsze. Otwierają się także na innych, zatrudniając młode osoby, które dopiero szukają swojej zawodowej drogi. Ufają intuicji i stawiają na tych, którzy chcą wraz z nimi tworzyć sztukę.

– Nie liczy się CV, a serce, które jest włożone w pracę – tłumaczą. – Za naszym osiągnięciem stoją ludzie – perły tworzące tę firmę. Wraz z nimi dzielimy trudy pracy i łzy. Wspólnie też cieszymy się z każdego kolejnego sukcesu.

W najbliższym czasie Monika Mitoraj i Marek Kaliński o swojej drodze do sukcesu opowiedzą tym, którzy dopiero rozpoczną swoją przygodę w biznesie.

– Jesteśmy przykładem ludzi, którzy się nie poddają i jak czegoś bardzo chcą, to poświęcą mnóstwo swojego czasu, by to zrealizować – podsumowują. – Najważniejsze, by wierzyć w swoje możliwości i nigdy się nie poddawać.