Po tragicznym wypadku patrzą prokuraturze na ręce

Kacper był niezwykłym nastolatkiem. – Żywe srebro – mówią sąsiedzi. Łapał życie pełnymi garściami. Zginął kilkadziesiąt metrów od domu. Jechał rowerem, gdy z wielkim impetem uderzył w niego pijany kierowca.

Stanisław G. nie miał prawa się tam znaleźć. Nie posiadał prawa jazdy. Za wcześniejszą jazdę na podwójnym gazie dostał zakaz sądowy kierowania pojazdami mechanicznymi. Opel corsa, którym jechał, nie miał aktualnych badań technicznych. A on znów siadł za kółkiem po tym, jak zajrzał do kieliszka. Prokuratura nie jest jednak przekonana o jego winie.

Kacper miał jedenaście lat. We wrześniu poszedłby do piątej klasy. W Steklinku znali go wszyscy. Był zawsze uśmiechnięty i pełen energii. Miał kartę rowerową i na dwóch kółkach jeździł tą trasą tysiące razy. To prosta droga, przy której nie ma drzew ograniczających widoczność. Miał wakacje. Chwilę przed śmiercią przywiózł do domu lody. Potem pojechał na boisko. Nikomu nie przeszło nawet przez myśl, że po raz ostatni.

– Nasz syn doskonale wiedział, jak ma się poruszać po drodze – mówi niezwykle rozgoryczony Paweł Paradowski, ojciec chłopca. – Żona była tego dnia w domu. Widziała przez okno, jak wyjeżdża z naszej posesji i skręca na drogę. Samochód nie uderzył w niego wtedy, gdy włączał się do ruchu. To stało się później. Pewnie wracał już z boiska…

Ojciec zawiesza głos. Nie może powstrzymać łez. Z żoną przepłakali już kilka kolejnych nocy. Nie umieją wytłumaczyć dwójce pozostałych dzieci, że ich brat już nigdy nie pobawi się z nimi w chowanego, że nie siądą razem do kolacji. Piętnastolatek wszystko już rozumie. Stara się być dzielny, ale bardzo mocno to przeżył. Ośmioletnia siostra była z Kacprem bardzo zżyta. Rodzice muszą ją co chwilę uspokajać. Największy żal mają jednak do prokuratury, która ich zdaniem próbuje zatuszować sprawę.

– Postępowanie prowadzi prokuratura w Lipnie, bo zabójca naszego dziecka był z tego powiatu – mówi Anna Paradowska, matka jedenastolatka. – Nawet go tymczasowo nie aresztowali. On tłumaczy się, że Kacper wtargnął mu przed maskę. To bzdura. Czemu pani prokurator nie przyjechała na miejsce zdarzenia? Przecież ślady na drodze mówią zupełnie co innego. Uderzenie było kilkadziesiąt metrów od naszej bramie. Byłam wtedy w domu. Nawet hamowania nie było słychać. Pędził jak wariat. Pijany. Po wypadku nawet nie podszedł do Kacpra, tylko oglądał swój samochód. A synek umierał na moich rękach.

Prokuratura nie ma sobie nic do zarzucenia w tej sprawie.

– Na miejscu zdarzenia była policja i prowadziła normalne czynności operacyjne – mówi

Marzena Jesionowska, zastępca prokuratora rejonowego w Lipnie, która prowadzi tę sprawę. – Teraz wszystko bada biegły. Mężczyzna nie został aresztowany, bo, przynajmniej na razie, nie ma postawionego zarzutu spowodowania wypadku śmiertelnego. Nie można wykluczyć żadnej wersji wydarzeń. Nawet takiej, że to dziecko było winne tej sytuacji. Obecnie 20-latkowi postawiliśmy zarzut złamania zakazu sądowego. Możliwe, że będę wnosiła o odwieszenie kary ośmiu miesięcy pozbawienia wolności, którą ten mężczyzna miał orzeczoną, gdy pierwszy raz podróżował pod wpływem alkoholu. Teraz miał pół promila. To wykroczenie, którego bez wątpienia się dopuścił

Rodzice dziecka nie mogą uwierzyć w taki rozwój wypadków.

– Nasz syn nie żyje, a jego zabójca cieszy się wolnością – mówi ojciec chłopca. – Byłem kilka dni temu u pani prokurator. Powiedziała mi, że robię jej krzywdę nagłaśniając sprawę w mediach. Ale z nią nie ma rozmowy. Będę wnosił o zmianę prokuratora. Jak można być takim człowiekiem? O czyjej krzywdzie tu można mówić? Ten facet nie miał prawa znaleźć się na tej drodze.

Sąsiedzi państwa Paradowskich mówią, że dwudziestolatek jeździł bez prawa jazdy częściej. Chwilę przed wypadkiem pukali się w głowę, że ktoś tak szybko pędzi wiejską drogą.

– Żona mi mówiła, że on chwilę po wypadku nawet nie wiedział, gdzie znajduje się nasz synek – mówi Paweł Paradowski. – W samochodzie znaleźli piwo. Wracali z kolegą ze sklepu, żeby sobie dalej popić. Tutaj są dwa kilometry prostej drogi. Wszystko widać jak na dłoni. To nie była noc. Trzeźwy kierowca zrobiłby cokolwiek – odbił w bok, zaczął hamować, zareagowałby.

W pogrzebie jedenastolatka uczestniczyły tłumy. Koledzy i koleżanki z klasy nie tak wyobrażali sobie początek wakacji. Z niektórymi Kacper był umówiony kolejnego dnia na boisku. Na rowerze, którym jechał, miał piłkę. Był w korkach. Wcześniej zawitał na chwilę do domu, bo był upalny dzień, a on lubił lody. Kupił je w pobliskim sklepie. Tam też Stanisław G. mógł kupić alkohol. Ich drogi życiowe się zbiegły, chociaż nie miały prawa.

– Musimy patrzeć prokuraturze i sędziom na ręce – mówi Paweł Paradowski. – Nie jesteśmy bogatymi ludźmi. A nasz syn już się nie obroni i nic nie powie. Najłatwiej zwalić winę na zabite dziecko. Nie chcemy tego wszystkiego dusić w sobie. Może mówiąc o tym uratujemy kolejne życie…