Pożar w Wytrębowicach. Gdyby nie policjanci, mogliby spłonąć żywcem

Mieli patrol pod Toruniem. Wyjeżdżając z Łysomic zobaczyli kłęby dymu. Zadzwonili po straż pożarną i ruszyli na sygnale w kierunku Wytrębowic. Hałas, którego narobili toruńscy policjanci, uratował życie kilku osób.

Nie mogli uwierzyć jadąc polną drogą do gospodarstwa, że sąsiedzi stoją i przyglądają się z oddali płonącemu stogowi siana. Płomienie miały kilkanaście metrów. Domownicy i ich goście siedzieli niczego nieświadomi w domu. Jeszcze kilka minut, a znaleźliby się w pułapce bez wyjścia. Wiatr zmieniał kierunek – w stronę domu i obory.

Starsi sierżanci Maciej Dankowski i Jarosław Lisewski nie czują się bohaterami. Zrobili to, co do nich należało. W końcu byli na służbie, a pierwszy z nich kiedyś należał do Ochotniczej Straży Pożarnej Brzezinko.

– Wiedziałem, że musimy zachować zimną krew – mówi Maciej Dankowski, policjant z KMP w Toruniu. – Nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego sąsiedzi nie zaalarmowali domowników, ani tego, że oni sami nie zauważyli kłębów dymu. Przecież widać je było koło Sharpa, a Wytrębowice są sporo dalej. W domu było pięcioro dzieci. Nie chcę myśleć, co mogłoby się stać, gdybyśmy nie mieli patrolu lub przejeżdżali chwilę później.

Funkcjonariusz zdradza, że w czasie służby w policji nie miał jeszcze okazji jechać do pożaru. Prędzej by się tego spodziewał, gdy był strażakiem-ochotnikiem. W domu, nieopodal którego płonął stóg, mieszkają na stałe dwie osoby. Starsza kobieta i jej syn, który prowadzi gospodarstwo.

– Nic wielkiego się nie stało – bagatelizuje Paweł Trociński, właściciel gospodarstwa. – Nawet chlewnia nie spłonęła. Strażacy przyjechali szybko. Sąsiedzi też się pojawili, więc pewnie by pomogli ugasić ogień.

W znacznie bardziej złowrogich barwach widzieli to funkcjonariusze.

– Stóg miał szerokość dwóch klatek schodowych w bloku – opowiadają. – Ogień zajmował już chlewnię. Nawet pustaki się paliły. Całe szczęście, że wiatr wiał w drugą stronę i spowalniał ogień. Ale, gdy tylko przyjechały zaalarmowane przez nas jednostki OSP, zaczął się odwracać. Dom zająłby się w mgnieniu oka.

Od samego początku zachowanie osób, które wyszły z budynku, wydawało się dla policjantów dziwne.

– Kobieta z dziećmi, które były tam w czasie pożaru, od razu zapewniała nas, że nie ma z tą sprawą nic wspólnego – relacjonuje Maciej Dankowski. – Mężczyzna też bagatelizował sprawę. Wyszedł z domu i najpierw zauważył nas jadących na sygnale. Pytał, po co przyjechaliśmy. Dopiero, gdy kazaliśmy mu odwrócić się w drugą stronę zauważył, że jego dobytek idzie z dymem.

Gospodarz do tej pory nie przejawia większych emocji. Może jest jeszcze w szoku?

– Nie wiem do końca, kto przyjechał pierwszy, czy straż czy policja – mówi Paweł Trociński. – Niech policjanci tacy wścibscy nie będą. Od razu rozpytywali, kto mógł to zrobić. My tutaj żadnych wrogów nie mamy. Zaprószył się ogień i tyle.
Sam się zaprószył?

– Trudno dojść w takich sytuacjach, z czyjej winy powstał pożar – mówi z doświadczenia Henryk Fic, prezes OSP Lulkowo, która uczestniczyła w akcji gaśniczej. – Jak nikogo się nie złapie za rękę, to trudno znaleźć sprawcę. Nie mam pojęcia, co mogło stać się w Wytrębowicach. Wiem tylko, że pierwszy nie zaczął płonąć stóg. Ślady wskazywały, że ogień został zaprószony przy oponach leżących koło pobliskich krzaków.

Od uratowanego trzeba chwilę wydobywać dobre słowo o policjantach.

– Różnie ludzie mówią, kto zaalarmował straż – kontynuuje Paweł Trociński. – Jeżeli to policjanci, to im dziękuję.

Funkcjonariusze nie chcą listów pochwalnych i gratulacyjnych, ale przyznają, że na miejscu nie usłyszeli nawet podziękowań. Dyrygowali akcją do momentu przyjazdu straży. Próbowali odciągnąć traktor od budynku, który zaczynał się palić, ale ten nie chciał ruszyć. Pomógł poproszony o to traktorzysta, którzy przejeżdżał nieopodal. Krowy też udało się bezpiecznie wyciągnąć na zewnątrz. Przestraszone dzieci uciekły do swoich domów.

– Innych zabudowań nie ma w pobliżu – dodaje Maciej Dankowski. – W samotności i nieświadomości ludzkie życie było poważnie zagrożone. Co domownicy myślą o naszej akcji nie ma większego znaczenia. Najważniejsze, że zrobiliśmy to, co do nas należało i nikomu nic się nie stało.

Sąsiedzi z Wytrębowic są dosadniejsi.

– Spłonęliby żywcem – mówią. – To cud, że policyjne koguty wyciągnęły ich z domu na zewnątrz.