Przemysław Termiński: Być blisko i unikać hejtu

O pierwszych podsumowaniach pracy senatora, hejcie oraz kontakcie z wyborcami rozmawiamy z Przemysławem Termińskim, senatorem okręgu toruńsko-chełmińskiego.

 

Panie senatorze, niedługo minie rok pracy w Senacie. Oczywiście na szczegółowe podsumowania będzie jeszcze czas, ale co już teraz może Pan powiedzieć o tym okresie? Warto było kandydować?

Sam już powoli przymierzam się do rachunku sumienia za pierwszy rok pracy dla mieszkańców mojego okręgu wyborczego. W niedługim czasie będę mówił o tym szerzej. Mam wrażenie, że jako senator mam dwie prace, dwa zajęcia. Pierwsze z nich wynika z obowiązków w Warszawie; posiedzenia komisji, zebrania klubu i głosowania w trakcie posiedzeń Senatu. Powiem szczerze, że tryb pracy oraz szybkość załatwiania pewnych spraw rozczarowały mnie i nadal rozczarowują. Jako przedsiębiorca nawykłem do błyskawicznych decyzji, których efekty są również szybko zauważalne. Tu niestety tak nie ma. Debaty, których sens oczywiście dostrzegam, tylko nie w takim natężeniu i nie aż tak bardzo niekonstruktywne, przysłaniają często cel pracy parlamentarnej polegającej przede wszystkim na stanowieniu dobrego prawa. To oczywiście temat szeroki i trzeba by poświęcić mu osobny wywiad (śmiech). Jest i oczywiście to drugie oblicze mojej pracy, które wiąże się z wypełnianiem powinności wobec obywateli. Może brzmi to górnolotnie, ale ja to tak postrzegam… .

Czyli wśród zwykłych ludzi jest lepiej?

Lubię być bliżej ludzi, bliżej ich spraw. Od zawsze byłem przyzwyczajony do bezpośrednich kontaktów. W ten sposób przebiegała moja kampania wyborcza i taki model pracy, jako senatora, jest mi najbliższy. Zaraz na początku kadencji zdecydowałem, że więcej czasu będę spędzał wśród moich wyborców, niż na warszawskich salonach. Tam oczywiście też trzeba bywać, ale bez przesady. Najbardziej jestem dumny z cyklu spotkań z mieszkańcami powiatów toruńskiego i chełmińskiego, który rozpocząłem wiosną i nadal kontynuuję. Nie są to zwykłe, nudne pogaduchy, w trakcie których coś tam mówię, narzekam na rządzących, a nieliczni przybyli udają, że ich to interesuje. Formuła jest ciekawa, wiem to od samych zainteresowanych. Za każdym razem na spotkaniach w gminach są ze mną – w roli współgospodarzy – wójtowie, burmistrzowie, przewodniczący rad i radni oraz starostowie. Razem opowiadamy o naszej współpracy, o tym co, władze lokalne zrobiły dla mieszkańców albo co planują zrobić. Potem ja mam nieco czasu na sprawozdanie z pracy w Senacie. Następnie wszyscy oglądamy program artystyczny przygotowany przez aktorów z „Teatru Afisz”. Po kilkunastu takich wieczorach wiem już, że to był dobry pomysł. Ludzie mają dość polityki, chcą od niej odpocząć. Wystarczy obejrzeć pierwszy lepszy serwis informacyjny i ma się już dosyć.

Naprawdę udaje się Panu unikać politycznych wycieczek? Trudno w to uwierzyć.

Przyjąłem pewną, prostą regułę – nie hejtuję i nie obrażam. Choć czasami pewne decyzje i pomysły rządzących zakrawają o śmieszność, to są pewnym pomysłem na rzeczywistość. Staram się wtedy tłumaczyć zebranym na spotkaniach, na czym polegają ułomności np. programu „500 Plus” czy podatku bankowego – z jednej strony dodatkowe pieniądze, ale z drugiej strony i tak za to każdy z nas będzie musiał zapłacić, zwiększonymi daninami lub ukrytymi podatkami. Zazwyczaj przedstawiam swoje alternatywne pomysły. Poza tym, jak konkretnie można pracować ponad podziałami politycznymi, wskazuje choćby kujawsko-pomorski zespół parlamentarny, którego jestem wiceprzewodniczącym. Niezależnie od „partyjnych naklejek” udaje nam się razem lobbować za ważnymi dla regionu sprawami.

Wspomniał Pan o bliskiej współpracy z samorządowcami. Skąd się ona bierze?

Samorządowcy to bardzo specyficzny typ ludzi, których bardzo sobie cenię. Są konkretni i praktyczni. Na co dzień odpowiadają za życie tysięcy mieszkańców na terenie swoich gmin czy powiatów. Budują drogi, chodniki, dowożą nas do pracy, organizują naukę i finansują kulturę. Decydują o wydaniu każdej złotówki, dlatego oglądają ją dwa razy. Ważne jest też, że wiedzą bardzo dużo o tym, jak działa administracja lokalna, są w stanie wskazać, jaki projekt ustawy będzie ułatwiał im pracę, a jaki tę pracę skomplikuje lub w praktyce uniemożliwi. Dlatego staram się na bieżąco odwiedzać samorządowców w ich gminach. To uczy i daje możliwość obcowania z wyzwaniami małych wspólnot. Oni też potrzebują wsparcia parlamentarzystów na poziomie krajowym. Dzięki temu wiem, w jakich sprawach mam interweniować, o co walczyć. Uzupełniamy się – to ważne.

Chyba się jednak Panu spodobało bycie senatorem.

To nie kwestia upodobania. Bycie senatorem jest poważnym zajęciem. Jak w każdym zawodzie podlegam ocenom i weryfikacji. Jeżeli moja praca nie przynosiłaby konkretnych efektów, nie dając mi przy tym satysfakcji, to ja i moi wyborcy zdecydowalibyśmy o zmianie mojego fachu. Pierwsze miesiące pracy w Senacie pokazują mi, że mimo wielu rozczarowań i trudności jestem w stanie coś ludziom zaoferować. Do póki tak będzie, będę w dalszym ciągu czuł „power” i sens dalszej pracy. Mam jeszcze dużo projektów, które chciałbym zrealizować.

Jeżeli mogę dodać „post scriptum” do naszej rozmowy, to wiem, że „Poza Toruń” obchodzi wydanie 100 numeru. Dlatego chciałbym życzyć Państwu kolejnych lat prężnej działalności na terenie powiatu toruńskiego. Wiem, jak ważną rolę pełni gazeta w życiu codziennym mieszkańców z tego obszaru. To bardzo dobry przykład, jak rzetelnie i szczegółowo można informować o sprawach ważnych dla naszych małych ojczyzn.