Przemysław Termiński: Lubię sam trzymać stery [wywiad]

Fot. Adam Fisz

Dystans do siebie i poczucie humoru. Słabe i mocne strony. Życiowe motto i hobby. Senator i przedsiębiorca Przemysław Termiński o swoim prywatnym życiu w rozmowie z Robertem Kamińskim 

 

Jaka jest tajemnica pańskiego sukcesu? 

Praca 20 godzin na dobę. 

 

To nie jest recepta. Są ludzie, którzy pracują po 20 godzin, ale nie osiągają pańskiej pozycji. 

Trzeba mieć też trochę wiedzy, wyobraźni, predyspozycji, szczęścia. 

 

Jakich predyspozycji? 

Dobrze jest umieć kojarzyć fakty, rozumieć pewne mechanizmy, nie załamywać się i wyciągać wnioski z porażek. Być konsekwentnym.  

 

Jak pan zaczynał? 

W wieku 16 lat pomagałem babci na straganie rozkładać warzywa. Na rynku w Toruniu. 

 

Ile pan wtedy zarabiał? 

Tyle, ile babcia dała. Parę złotych. 

 

Czego ta pierwsza praca pana nauczyła? 

Że nie lubię wstawać rano. Chodziliśmy na rynek bladym świtem. 

 

Czyli nie jest pan rannym ptaszkiem? 

Siedzę nad papierami do drugiej, trzeciej w nocy. Rano wolę pospać. 

 

Jak dalej rozwijała się pańska kariera? 

Miałem swoją „szczękę” – budkę, w której sprzedawałem towary sprowadzane z Berlina. Potem roznosiłem gazety, sprzątałem ulice w spółdzielni studenckiej. Wszystkie te zajęcia łączyło jedno: do roboty trzeba było wstawać o 5 rano. 

 

I pewnego dnia stwierdził pan, że to nie jest dobry pomysł, by tak się zrywać o świcie, i czas rozejrzeć się za czymś innym? 

Po pewnym czasie przerzuciłem się na pracę w ubezpieczeniach. 

 

Dlaczego akurat w ubezpieczeniach? 

To był czysty przypadek. Kiedyś przyszedł do nas kolega ojca, który organizował strukturę sprzedażową. Były to czasy dominacji PZU. Nikt nie miał pojęcia, że inni ubezpieczyciele też mogą funkcjonować. Pierwsze firmy dopiero raczkowały. 

 

Dobierając sobie współpracowników, czym się pan kieruje? 

Zawsze wybieram ludzi, z którymi czuję intuicyjne porozumienie. Intuicja zwykle bezbłędnie mi mówi, kto ma zamiar pracować. 

 

Zamiar? Czyli przychodzą do pracy, by nie pracować? 

Zdarzały się przypadki osób, które nie były zainteresowane pracą lub inaczej ją sobie wyobrażały. Nie mam pojęcia, czy to kwestia ambicji, braku inicjatywy, czy życiowego podejścia. Choć mnóstwo kandydatów, z którymi rozmawiam o pracy ze mną, to naprawdę utalentowani ludzie, pełni dobrych chęci. Z nimi tworzę zgraną drużynę. 

 

Kiedy pan zaczynał, było inaczej? 

Ja dostałem do ręki plik czystych polis i polecenie: idź i rób ubezpieczenia. To było wszystko, co wiedziałem. Reszty musiałem uczyć się sam. Nikt mi nie dał ani na samochód, ani na tramwaj, ani na buty. 

 

Czyli sukces zawdzięcza pan wyłącznie sobie? 

Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. W życiu nie dostałem nawet jednej dotacji. Raz się starałem, ale mi nie dali. 

 

Dlaczego wspiera pan żużel, a nie, powiedzmy, piłkę ręczną? 

Całe życie chodziłem na żużel. Jeszcze na stary stadion Apatora. Żużel po prostu lubię. No, chyba że przegrywamy. Wtedy mniej. 

 

Nikt nie lubi przegrywać. 

Oczywiście. Ale tu dochodzą jeszcze kolizje. Czasem to straszny widok, kiedy zawodnikiem rzuca na wszystkie strony jak marionetką. Tego w żużlu nie lubię. To sport widowiskowy, emocje ogromne. W tym roku w barażach adrenalina była wksza niż w niejednym finale. 

 

Co pan czuje, kiedy przegrywają? 

Płakać mi się chce. Parę razy zdarzyło mi się wyjść ze stadionu, trzaskając drzwiami. Przeżywam to osobiście. Czasem aż za bardzo. 

 

Uzależnia pan wspieranie drużyny od wyników sportowych? 

Raczej nie. Gdybyśmy spadli, to byśmy jeździli po prostu w niższej lidze. Tam dopiero mogą być emocje! 

 

Dlaczego zdecydował się pan zostać senatorem? 

Skoro osiągnąłem sukces w biznesie, to pomyślałem, że może będę mógł wykorzystać tę moją wiedzę dla dobra ogólnego. Pro publico bono. Bo przecież nie dla korzyści materialnej. Zaważyła świadomość, że w parlamencie nie stanowi się dobrego prawa. Że dobro człowieka jest na ostatnim miejscu. 

 

A co jest na pierwszym? 

Doraźne interesy partyjne. Prawo jest na szarym końcu. Mam też wrażenie, że spora część parlamentarzystów to są ludzie, którzy tkwią w polityce od zawsze, bez doświadczenia w biznesie czy zwykłej pracy. I potem ci sami ludzie stanowią prawo nieco oderwane od rzeczywistości. 

 

Jak ogólnie ocenia pan jakość pracy obecnego senatu? 

Nawykłem do konkretów i szybkiego załatwiania spraw. Niektórzy senatorowie bardzo lubią słuchać własnego głosu. Potrafią występować godzinami, nie wnosząc żadnej poprawki. 20 senatorów rozwodzi się nad 5 linijkami tekstu uchwały przez 6 godzin, a wynik głosowania i tak jest z góry znany. Moja sekretarka czułaby się zażenowana, gdyby musiała tej uchwale poświęcić więcej niż 5 minut. 

 

Jaki jest pański pogląd na aborcję? 

Jestem za obecnym kompromisem aborcyjnym. 

 

A marihuana? 

Jestem absolutnym zwolennikiem jej legalizacji. I nie tylko w celach leczniczych, ale w każdych. Marihuana nie uzależnia, jest zdrowsza od tytoniu, a już na pewno od wódki. A palona w dobrym towarzystwie – buduje dobry nastrój. 

 

Myśli pan, że podobny pogląd przysporzy panu sympatyków? 

Nie głoszę poglądów pod publikę. Po prostu je mam. 

 

Motto, którym się pan kieruje? 

Mój ojciec powiedział mi kiedyś: „Jak nie wiesz jak zrobić, to zrób tak, by było przyzwoicie”.  

I tak staram się postępować. 

 

I udaje się to panu? 

Różne rzeczy można mi zarzucić: że w biznesie jestem bezwzględny, że nie liczę się z innymi ludźmi… 

 

jest pan bezwzględny? 

W pewnym sensie muszę być. To integralna część biznesu. Albo ja go zrobię, albo zrobi go ktoś inny. Tu nie dają srebrnych medali. Czasami trzeba zwolnić człowieka, którego zwolnić się nie chce. Ale zawsze staram się to robić tak, by w ostatecznym rozrachunku było przyzwoicie. 

 

I co pan czuje, kiedy musi zwalniać? 

Smutek. Z powodu tego człowieka i dlatego, że to zawsze okrojenie kawałka firmy. Oczywiście zdarzają się ludzie podli, których trzeba wyrzucić. Wtedy czuję satysfakcję. 

 

Kiedy zaczynał pan jako student, jakie miał pan marzenia? 

Stabilne dochody. I to mi się udało już po trzech miesiącach, odkąd zająłem się ubezpieczeniami. Zarabiałem od razu więcej miesięcznie niż mój ojciec w ciągu roku. 

 

Czym są dla pana pieniądze? 

Środkiem do robienia kolejnych pieniędzy. 

  

Czyli nie tym, co można za nie kupić? Na przykład nowym jachtem? 

Nie lubię pływać jachtem, choć mam patent sternika (śmiech). A nie lubię, bo mam chorobę morską. 

 

Pana hobby? 

Praca. 

 

A poza tym? 

Czasem jeżdżę na nartach. Chociaż ze względu na nadwagę i słabą kondycję raczej na stoku siedzę w kawiarni. Ale lubię być w górach. 

 

Lubi pan zwiedzać? 

Nie cierpię. Tak samo jak nie lubię podróżować. Wszystko, co chciałbym obejrzeć, jest na National Geographic. 

 

Jaką muzykę pan lubi? 

Blues i jazz. Lubię Blues Brothers. Dużo słucham też country. I niestety, ku rozpaczy mojej żony, lubię disco polo. 

 

Lubi pan tańczyć? 

Nie bardzo. Choć kiedyś w młodości przez kilka lat tańczyłem w formacjach tanecznych.  

 

Przepraszam, ale ciężko mi dziś wyobrazić sobie pana jako lekkiego kawalera salonowego 

Cóż, to było jakieś 50 kilogramów temu (śmiech). 

 

Jakie ma pan słabe strony? 

Nie cierpię ćwiczyć, za to uwielbiam jeść. 

 

Co najbardziej? 

Bigos. W ogóle polskie potrawy. Schabowy, golonka, ale młoda i dobrze przyrządzona. 

 

A alkohole? 

Czerwone wytrawne wino. Choć ostatnio lekarz zabronił mi picia wina i piwa.  

 

Jaką cechę u kobiet ceni pan szczególnie? 

Umiejętność współpracy. To kwestia empatii, którą pojmuję jako przejaw inteligencji. 

 

Jest coś, czego pan żałuje? 

Trudne pytanie. Raczej nie koncentruję się na przeszłości. Patrzę w przyszłość. Jeśli coś się wydarzyło, to znaczy, że musiało się wydarzyć. 

 

Czyli wierzy pan w przeznaczenie? 

Wierzę, że człowiek jest w stanie je kształtować. Los daje nam szansę. Co z nią zrobimy, to już nasza rzecz. Dlatego prawie w ogóle nie latam samolotami. Lubię sam trzymać stery.