Przemysław Termiński: Polak, Francuz, dwa bratanki

(fot. Łukasz Piecyk/archiwum)

Wydaje się, że pasmo porażek PiS-u nigdy się nie skończy, bo, jak mawiał klasyk, „do starej nową teraz wojnę mamy”. Normalnie po wygranej Emmanuela Macrona we Francji padłyby gratulacje, deklaracje współpracy oraz zaproszenie do spotkania.

Jednak nie w Polsce rządzonej przez PiS. Najpierw jeden z wiceministrów uczył Francuzów jeść widelcem, potem szef MSZ-u, niejaki pan Witold Waszczykowski – tak, ten co odkrył San Escobar – pstryknął sobie focię z Marine Le Pen. A tak w ogóle to pierwsze podwaliny „braterskich stosunków” z Francuzami kładł minister Antoni Macierewicz, który to w pięć minut i zapewne przez przypadek unieważnił przetarg na francuskie caracale. Macierewicz tak bardzo chciał się zbliżyć do potomków Napoleona, że zatrudnił niejakiego Berczyńskiego jako doradcę, żeby ten jeszcze bardziej zacieśnił współpracę gospodarczą między naszymi krajami.  

Jednak po drodze coś poszło nie tak. Marine Le Pen okazała się kandydatką skrajnych nacjonalistów i na dodatek przegrała wybory prezydenckie – tego Waszczykowski mógł przecież nie wiedzieć. Potem wyszło na jaw, że Francuzi nie tylko wiedzą, co to widelec, ale też autorami wynalazku umożliwiającego naszej cywilizacji swobodne relacje – czyli perfum. Na domiar złego pan Berczyński nie do końca zrozumiał ministra Macierewicza i zamiast umów z francuskim Airbusem zaczął podpisywać umowy z amerykańskim Boeingiem.  

Z tego, jak widać, wyszedł niezły bigos. Nie dziwota, że pani premier zrobiło się głupio, bo jak tu współpracować z prezydentem Macronem, kiedy tak bardzo zawaliliśmy. Więc sprytnie pani premier i pan prezydent zagrali i złożyli gratulacje w związku z wygraną w wyborach nie samemu kandydatowi, ale całemu narodowi francuskiemu.