Przemysław Termiński: Prezydent się ograł [felieton]

Fot. Łukasz Piecyk

Stało się! Prezydent ogłosił w poniedziałek swoje poprawki do reformy sądownictwa. Dwa projekty ustaw, które dwa miesiące temu zawetował PiS-owi, ku euforii opozycji i w sumie przeważającej części społeczeństwa. Pierwsza dotyczy Sądu Najwyższego, druga Krajowej Rady Sądowniczej. Od razu po oczach biją kontrowersyjne rozwiązania. Projekt ustawy o Sądzie Najwyższym zakłada wprowadzenie tzw. skargi nadzwyczajnej od każdego prawomocnego orzeczenia, wydanego zarówno przez sąd rejonowy, okręgowy, jak i Sąd Najwyższy. Na pozór proobywatelski zapis. Jak się jednak mu przyjrzeć, szczególnie pod kątem sprawności orzekania, to już tak różowo nie jest. A co jeżeli co drugi niezadowolony z wyroku będzie takie skargi składał?! Wszystkim sędziom SN życzę dużo zdrowia i wolnego czasu, żeby przebrnąć przez setki tysięcy lub nawet miliony takich skarg.

Kolejnym genialnym pomysłem jest sposób wyboru sędziów KRS. W propozycji prezydenta Dudy jest zapis, że w przypadku, kiedy sędziów nie wybierze większość w Sejmie, to ostatecznego wyboru dokonuje prezydent RP. Szkopuł w tym, że ta nowiusieńka zmiana już na starcie jest niekonstytucyjna – ups! Więc prezydent zaproponował na szybko jej zmianę, tak żeby wszystko było konstytucyjne. Szkopuł w tym, że by zmienić konstytucję, potrzebna jest większość 2/3. PO nie chciała – i słusznie – brać udziału w tym cyrku. N. też była przeciw zmianie konstytucji. Plan legł w gruzach i zaserwowano kolejne rozwiązanie, które prawie niczym nie różni się od wcześniejszych pomysłów PiS-u. Teraz każdy poseł będzie mógł wybrać po jednym kandydacie na sędziego. A kto w tej kadencji ma najwięcej posłów…? Prezydent Duda nie sprostał społecznemu, politycznemu i medialnemu ciśnieniu. Pytanie, czy mógł wszystkich zadowolić? Nie sądzę. Ale to on sam postawił się w tak trudnej sytuacji. Cała ta sprawa jest kolejnym dowodem na to, że reforma sądownictwa à la PiS to tylko kolejny zamach na stołki, nie zaś prawdziwa chęć ułatwienia obywatelom przejścia przez machinę sądowniczą. Prezydent zagrał się i ograł, pozostawiając wciąż wątpliwości, czy jest Andrzejem, czy jednak Adrianem.