Przemysław Termiński: Wszystkie wojny Kaczyńskiego

(fot. Łukasz Piecyk)

To, że poseł Kaczyński od samego początku tej kadencji wypowiada i z uporem toczy swoje wojny z różnymi „wrogami”, jest oczywiste i powszechnie znane. Natomiast to, że wypowiedział ich o dwie za dużo, wiemy od niedawna.  

Wojny Kaczyńskiego wytaczane społeczeństwu można liczyć już w dziesiątkach. Były te toczone z Jurkiem Owsiakiem, przy okazji WOŚP-u – teraz w związku z Festiwalem Woodstock. Były prowadzone przeciwko kobietom o zachowanie dotychczasowego kompromisu aborcyjnego. Poważną wojnę Kaczyński prowadzi z instytucjami Unii Europejskiej, z Donaldem Tuskiem, z kanclerz Merkel i Niemcami.  

Niektóre z nich wybuchają niespodziewanie, a wypowiedzenie niektórych jest na długo wcześniej zapowiadane. Łączy je jedno – wszystkie rodzą się w głowie Jarosława Kaczyńskiego, by potem pustoszyć rzeczywistość, skłócać ze sobą narody, ludzi oraz instytucje.  

Podobnie zaczęło się z wojną o Sąd Najwyższy. Kaczyński uroił sobie, że reforma sądownictwa w kraju – w tak radykalnej wersji  ukoronuje jego wszystkie dotychczasowe wojenki i wreszcie uwolni nas z kajdan PRL-u. Jak pokazały masowe protesty młodych ludzi i nie tylko, Kaczyński przelicytował. Sam zresztą dodał oliwy do ognia, opluwając nas wszystkich i nazywając „mordami zdradzieckimi”. Był pewny, że w środku wakacji Polacy myślą co najwyżej o promocjach w marketach na kiełbasę i piwo. Aż tu nagle, ni stąd, ni zowąd, na ulice wylały się rzeki Polaków. Place wielkich i małych miast wypełniły się po brzegi i zapłonęły setkami tysięcy świec.  

Ta wojna rozpętała również drugą – z punktu widzenia Kaczyńskiego – o wiele groźniejszą niż pierwsza. Bo oto posłuszny do tej pory prezydent Duda vel Adrian za dwa ostatnie lata poniżeń postanowił sam wytoczyć wojnę Kaczyńskiemu. Ta wojna jest poważna, bo może doprowadzić do największego kryzysu w PiS-ie i koalicji rządzącej. W konsekwencji może się sypnąć cały układ tworzony przez posła Kaczyńskiego z takim pietyzmem. Już teraz do gardeł skaczą sobie harty polityczne Zbigniewa Ziobry i prezydenta „Adriana” Dudy. Skaczą sobie do gardeł też prawicowi dziennikarze, którzy szukają winnego tej sytuacji. Jedno jest pewne, takiego lipca ani w pogodzie, ani w polityce nikt by się nie spodziewał. Nikt z nas również nie spodziewał się, że Kaczyński tak szybko sam siebie zawojuje. Drżę o to, co czeka nas w sierpniu.