Rafał Sonik: Firmę prowadzę za pomocą SMS-ów

O przywilejach faworyta, sekretach Dakaru, scenariuszu na wypadek najgorszego i zarządzaniu firmami za pomocą SMS-ów, z Rafałem Sonikiem, zwycięzcą Rajdu Dakar, wielokrotnym Mistrzem Świata, biznesmenem i filantropem, rozmawia Marcin Tokarz.

Zawsze powtarza pan, że quad to najlepszy środek transportu. Czy to znaczy, że zdarza się panu jechać nim do pracy albo na zakupy?
Nie stać mnie na taki luksus z prostej przyczyny. Podczas jazdy po mieście i na trasie muszę pracować albo odpoczywać. Quad jest faktycznie najlepszym środkiem lokomocji, tyle że nie da się na nim ani rozmawiać przez telefon ani spać jadąc. Człowiek podejmuje w swoim życiu pewne decyzje, które rodzą określone konsekwencje i zawsze musi z czegoś zrezygnować. Ostatnio prezydent Komorowski powiedział, że dla niego Dakar ma wymiar niemal mitologiczny, ale również praktyczny, ponieważ jedyne co mu doskwiera, będąc głową państwa, to to, że nie może prowadzić samochodu, a już na pewno pojechać nim z gazem do dechy. Wobec tego śmiejąc się oznajmił, że dojeżdżając na metę zrekompensowaliśmy mu tę stratę, bo on sam chętnie, by wsiadł na taką maszynę i pomknął gdzie tylko by go oczy poniosły.

Mówi się, że jazda na przedzie Rajdu Dakar to błogosławieństwo, a zarazem przekleństwo…
Jest jeszcze gorzej. Najbardziej utrudnioną nawigację ma pierwszy dwuśladowy pojazd na trasie, czyli quad jadący za czołówką motocyklistów. Oni nie jadą w pełni na „roadbook” jak mają to narzucone quadowcy, tylko od „waypointa” do „waypointa”, co oznacza, że bardzo często, znając specyfikę i topografię trasy omijają jej fragmenty i zostawiają mylące nas ślady. Przejeżdżają przez miejsca, których my nie mamy szans pokonać.

Po historycznym zwycięstwie w Ameryce Południowej świat będzie traktował Rafała Sonika jako faworyta kolejnej edycji. Spodziewa się pan ze strony organizatorów jakiejkolwiek zmiany ich podejścia?
Na pewno nie będą bardziej pomocni, bo to nie leży ani w ich obowiązku, ani w naturze. Spodziewam się raczej dialogu jak Dakar ulepszyć. Nie tylko utrudnić, bo nad tym na pewno będą pracować sami. Mamy już nakreślone pola do rozmowy, z czego się cieszę. Dojście takich konsultacji do skutku traktuję jako pozytywny skutek mojego zwycięstwa, a czy spodziewam się, że ktoś będzie myślał o mnie jako faworycie? Tak. Czy to coś zmieni w moim myśleniu, przygotowaniu? Nie. A jeśli już, będę się starał jeszcze bardziej. Nigdy nie czuję się faworytem jakichkolwiek zawodów, mimo iż są takie, które wygrywam od kilku lat. To usypia czujność.

Na Rajdzie Dakar jej utratę można przypłacić życiem. Czy rzeczywiście reprezentacja rozważała przedwczesny powrót do kraju po śmierci rodaka?
To jest zawsze pierwsza myśl, kiedy dzieje się coś takiego. Dakarowa prawda jest jednak taka, że ostatecznie wszyscy decydują się jechać dalej. Niestety jedynym sposobem oddania hołdu, dla tych, którzy w swoim marzeniu o Dakarze zachodzą za daleko albo spotyka ich nieszczęśliwy przypadek, jest to, żeby dojeżdżając na metę, w sposób symboliczny zabrać ich ze sobą. W ten sposób choć w małym procencie spełniamy ich marzenie.

Domyślam się, że na metę dojeżdża się lżejszym…
Przed rajdem ważyłem 90 kg bez małego haczyka. Wczoraj i dziś waga wskazywała 86 kg, ale kilogram czy półtora już odzyskałem, więc myślę, że schudłem około 6 kg. To jest nieuniknione, więc mówiąc wprost – trzeba mieć, z czego zrzucić.

Skoro tak, musicie się ostro nawadniać…
Pijemy specjalnie przygotowany płyn z elektrolitami. Schodzi kilkanaście litrów dziennie. Zapasy uzupełniamy na każdym postoju tak, aby wyjechać z pełnym camelbakiem, który mieści 3-4 litry płynów. Zwykle to wystarcza, ale na tegorocznym rajdzie zabrakło mi ich dwa razy. To się zdarza bardzo rzadko, jak jest niesamowicie gorąco. Jednego dnia było 50 stopni, kilka razy temperatura wynosiła 47, 48. Wiedziałem, że muszę racjonalnie dobierać siły, aby się nie odwodnić. To te sytuacje, w których każdy nieodpowiedzialny ruch sprawia, że możemy się znaleźć w naprawdę w dużych kłopotach.

Czy zarząd i pracownicy firm, które pan prowadzi mają strategię działania na wypadek najgorszego?
Oczywiście, inaczej nie mógłbym się ścigać. Ludzie, którzy ze mną pracują są gotowi przejąć tę część obowiązków, która spoczywa na mnie również podczas mojej nieobecności. To niekoniecznie muszą być najgorsze okoliczności, bo wystarczy, że w wyniku losowej sytuacji musiałbym zostać na dłużej na przykład w boliwijskim szpitalu i kontakt ze mną przez jakiś czas byłby zerowy lub prawie niemożliwy. Wszelkie procedury i pełnomocnictwa są ustawione tak, że pod moją nieobecność firma nie przestanie nagle działać.

Czy prowadzenie tak wielu potężnych przedsiębiorstw ma ze sportem jakieś cechy wspólne?
Bez żadnej wątpliwości. W tym wyczynowym sporcie znalazłem się dzięki temu, że wcześniej nauczyłem się jako tako zarządzać firmami. Wykształciłem w sobie świadomość tego, jak kolosalne znaczenie ma „back office”, czyli poziom organizacyjnego i technicznego przygotowania do rajdu. Ważne jest to, żeby bezpośrednio przed startem i w trakcie nie zajmować się różnego rodzaju drobnymi sprawami, którym czas poświęcić mogą moi pracownicy. Konsekwencję w działaniu uważam za coś zupełnie oczywistego. Jeżeli ktoś jakąkolwiek czynność przerywa przed jej zakończeniem, bez bardzo istotnego powodu, to w moich oczach traci autorytet.

Oglądając wiadomości, można dojść do wniosku, że pan w tej kwestii nadrabia za innych, ale jakieś wady przecież i tak musi mieć…
Ho, ho… Jeszcze jakie! Najlepiej spytać moich bliskich. W większości mam świadomość własnych wad, dzięki temu po pierwsze, mogę nad nimi pracować, po drugie – nimi zarządzać, a po trzecie – tak definiować swoją rolę w teamie, obojętnie czy w sporcie czy w firmie, aby te słabe strony nie były uciążliwe dla całego zespołu. Taka strategia zbliża do życiowego sukcesu. Każdy ma wady, w większości inne, więc trzeba po prostu opanować umiejętność ich alokacji.

Chyba już łatwiej zarządzać pieniędzmi, czasem je rozdawać… Jaki procent swojego majątku przeznacza pan na szczytne cele?
Ja jestem człowiekiem biblijnym. Treść wielu przypowieści tkwi mi głowie i jest drogowskazem. Jedną z nich jest ta o jałmużnie. Według niej, nie ma znaczenia, ile worów pieniędzy przeznaczy bogaty na biednych. Znaczenia ma, jaka to jest część tego, czym dysponuje. 10 groszy przeznaczone przez biedaka dla innego biedaka może być biblijnie warte więcej, niż worek pieniędzy wręczony przez bogacza. Mi w przeszłości, a często i teraz bliżej jest chyba do tych 10 groszy, niż wypchanych banknotami worów. Staram się, by moja pomoc była właściwa do potrzeb.

Rafała Sonika wszędzie pełno. Ponoć zarządza pan firmami zdalnie. Co by pan począł, gdyby nie Internet?
Trafił pan nie w dziesiątkę, ale w ósemkę… Ja z Internetem staram się mieć mniej wspólnego, bo po prostu mnie nie wciągnął. Firmami zarządzam głównie za pomocą SMS’ów, a powód ku temu jest trywialny. SMS’y, w przeciwieństwie do maili, narzucają zwięzłość i wymuszają na piszącym elementarne procesy decyzyjne.

Telefon nie parzy?
To narzędzie pracy. Mam trzy. Pierwszy służy mi wyłącznie jako ładowarka, drugi w razie awarii trzeciego, którego używam rzecz jasna do dzwonienia. Jestem też wyposażony w około 20 baterii. Na nich mogę prowadzić rozmowy nawet przez tydzień.