Robert Sowa: Ważne, żeby dowiedzieć się, co lubi kobieta

Spotkanie z Robertem Sową w Zespole Szkół, CKU w Gronowie, fot. Tytus Szabelski

O obecnym wizerunku kucharza, modzie na gotowanie, pokoleniu młodych, potencjalnie bezrobotnych i uwodzeniu kobiet kulinariami, z Robertem Sową, mistrzem kulinarnym, wiceprezesem elitarnego Klubu Szefów Kuchni, rozmawia Marcin Tokarz.W programach typu „Master- Chef” i „Ugotowani” robi się z kulinariów zawody. Co pan o tym sądzi?
Kiedy przed dwudziestoma laty, przyjechałem do Polski razem z Kurtem Schellerem, zaczęliśmy zmieniać wizerunek zawodu kucharza. Jego dzisiejsza pozycja jest w Polsce inna, prestiżowa. Można więc uznać, że nam się udało. Moda na gotowanie trwa już od piętnastu lat. Myślę jednak, że obecnie bardziej powszechna jest moda na show niż na profesjonalizm, bo co wspólnego ma projekt Magdy Gessler z gotowaniem? Wchodzimy do restauracji, rzucamy garami, parę słów na „k” i program jest gotowy. Jeśli popatrzymy na „MasterChefa”, to już tu więcej się gotuje. W „Ugotowanych” również. Co do programów show: skoro naród oczekuje igrzysk, to je ma.

Kucharzom coraz częściej przypisuje się miano „celebrytów”. Czy to dlatego, że kulinaria można nazwać sztuką?
Kulinaria to na pewno sztuka. „Celebrytami” powszechnie nazywa się osoby, które nie zajmują się niczym innym, tylko chodzeniem na imprezy czy bankiety. Tacy ludzie w Warszawie istnieją. Natomiast jeśli ktoś uprawia swój zawód i przy okazji spotyka go efekt „celebryty” – nie ma z tym, co walczyć.

Pana to spotkało. Sława męczy?
Mi to nie przeszkadza dopóki robię to, co lubię, czyli prowadzę swoje interesy. Gorzej jak ktoś nie robi nic konstruktywnego, tylko czeka na zaproszenia na bankiety. To musi być dziwne uczucie. Od tego nie chciałbym być uzależniony. Jednak raczej mi to nie grozi, bo większość imprez w tym kraju jest mi zlecana, a na każdej wykonuję po prostu swoją pracę.

Czy młodym ludziom opłaca się postawić na karierę kucharza?
Ja nie wierzę w bezrobocie w tym kraju. Jeśli ktoś twierdzi przeciwnie, to odpowiadam, że powodem jest lenistwo lub brak pasji. To wszystko. Trzeba chwycić byka za rogi i uderzać do miast, które dają szansę. Dzisiaj organizuje się masę konkursów, warsztatów, które właśnie dają możliwość pokazania swoich umiejętności.

Pan także organizuje takie wydarzenia. Jakie wyzwania stoją przed uczestnikami konkursów kulinarnych Roberta Sowy?
Przykładem niech będzie mój autorski konkurs, który odbywa się na największych targach kulinarnych w Polsce, EuroGastro. Oprócz przygotowywania dań, konkurs ten jest bardzo medialny, daje sposobność oswojenia się z gotowaniem przed kamerą, a nie jest łatwe siekać cebulę, opisywać wykonywane czynności do podłożonego mikrofonu i jeszcze, cholera, się uśmiechać.

Czy któryś z pana uczniów może przerosnąć mistrza?
To proste. Konrad Mirek, który był moim zastępcą w hotelu Jan III Sobieski w Warszawie, to dobry kandydat. Poza tym jest młody chłopak, który ma dwadzieścia pięć lat i sprawuje u mnie funkcję jednego z szefów kuchni. Lubię otaczać się młodymi ludźmi z tego względu, że od starszych się już niczego nie nauczę. Gdy człowiek przekracza magiczny wiek czterdziestu lat, zaczyna tworzyć sobie bariery. Młodzi potrafią nakręcić do roboty. Dzięki nim uczę się podejmować pewne ryzykowne kroki, inwestycje. Nie zawsze przynoszą zyski, ale wcale tego nie żałuję. I nie dlatego, że nie mam, co robić z pieniędzmi. Myślę, że w życiu trzeba wszystkiego spróbować. Choćby po to, aby później wiedzieć, że w przyszłości nie warto tego powtarzać.

Załóżmy, że spotyka pan uroczą kobietę, która chce być zaproszona na przyrządzoną przez pana kolację. Jak Robert Sowa wybrnąłby z tej sytuacji?
Clue całej sprawy to dowiedzieć się, co lubi kobieta. Jeśli przechodzilibyśmy obok sklepu rybnego, a ona odwróciłaby od niego głowę, zdecydowalibyśmy się jednak na wizytę w sklepie mięsnym. Kupilibyśmy kawałek polędwicy wołowej. W domu szybko bym ją zamarynował, robiąc małe filety Minio, obtaczając je w grubo mielonym pieprzu, oliwie i odrobinie musztardy. Odstawiłbym to do lodówki i przykrył folią aluminiową, żeby mięso nie przeszło innymi smakami. Na patelnię wrzuciłbym dwie łyżki oliwy, czosnek, cebulę pokrojoną w kostkę, do tego białe wino, śmietana, ser pleśniowy. Dodałbym suszone pomidory oraz szpinak. Zrobiłby się wyśmienity dodatek do przyrządzanego mięsa. Naturalnie spytałbym piękną kobietę, czy woli mniej lub bardziej wysmażone mięso. Następnie położyłbym je na ręcznik papierowy, żeby odsączyć tłuszcz, a potem podał z wcześniej przygotowanym sosem.

Nic do picia?
Oczywiście zapytałbym, jaki rocznik czerwonego wina sobie życzy. Białe wino nie pasuje do polędwicy wołowej. No i sprawa załatwiona. A rano dowiedziałbym się, co jada na śniadanie…

Zobacz fotogalerią ze spotkania z Robertem Sową.