Rolnicy z powiatu popierają protesty, ale na ulice nie wyjdą?

Z dużego protestu zapowiadanego w Warszawie zostało małe obozowisko, w którym protestuje kilkadziesiąt osób. Producenci trzody, ziemniaków i zboża z powiatu toruńskiego popierają kolegów, ale do stolicy się nie wybierają.

Sławomir Izdebski, przewodniczący OPZZ, dąży do wspólnego protestu wielu grup zawodowych. Rewolucyjnego nastroju rolnicy z gmin wokół Torunia nie mają. Problemy diagnozują jednak bardzo szybko – zła polityka międzynarodowa i niezrozumienie spraw polskiej wsi.

Zobacz: Zdjęcia z protestu rolników pod Koronowem

– W wielu dziedzinach jest bardzo źle – mówi Jan Grodzicki, rolnik mający duże gospodarstwo w gminie Łysomice. – Koszty hodowli trzody chlewnej są wyższe niż cena sprzedaży. To samo jest z ziemniakami. Uprawiam je na wielu hektarach. Co z tego, jak ktoś później proponuje mi cenę w skupie 20 groszy za kilogram? Jestem dużym producentem, więc jakoś przeżyję. Mniejsi i bardziej zadłużeni mają znacznie gorzej.

Trudną sytuację odczuwa Marek, właściciel kilkunastu hektarów roli w gminie Obrowo.

– Rozpętali burzę i nic teraz na wschód sprzedać nie można – mówi rolnik w średnim wieku. – A gdzie to ma iść? Przecież na zachodnie mają swoje. Jeszcze z Austrii czy Holandii chętnie sprzedają u nas. Robi się „górka”, cena spada, paszy nie ma za co kupić, a rata kredytu za chlewnię czeka. I tak cały czas.

W Kujawsko-Pomorskiej Izbie Rolniczej popierają wiele postulatów rolników, ale na protesty patrzą raczej niechętnie.

– Wiele osób chce zbić na tym kapitał polityczny – mówi Tomasz Zakrzewski, przewodniczący Rady Powiatu Toruńskiego, członek izby. – Część postulatów rolniczych jest oczywiście słuszna, bo jak jesteśmy w Unii Europejskiej, to nie powinniśmy wychodzić przed szereg i machać szabelką, gdyż teraz cierpi nasz rolnik, a nie niemiecki czy francuski. Pod Bydgoszczą protest się odbył, ale nie mam wiedzy, żeby coś takiego było planowane w naszym powiecie.

Duży producent ziemniaków z Łysomic wskazuje na konkretny problem, z którym się boryka on i wielu innych rolników – ginący w zgiełku protestów.

– Jako jedyni w Unii Europejskiej musimy badać ziemniaki na bakteriozę pierścieniową – mówi Jan Grodzicki. – To znacznie spowalnia sprzedaż naszych kartofli za granicę. Nie jesteśmy traktowani na równi rolnikami z innych krajów wspólnoty. A ta bakteria absolutnie nie zagraża konsumentom, tylko może mieć wpływ na jakość przyszłego „sadzeniaka”.

Grodzicki podkreśla, że niskie ceny warzyw i owoców są w 100 procentach spowodowane „gniewem Rosji”. Ceny zbóż, trzody i mleka są wypadkową większej liczby czynników – po części embarga, ale także szkód wyrządzonych przez dziki, dużej ilości towaru na rynku, a także różnej jakości pszenicy, pszenżyta i jęczmienia, które chcą sprzedać rolnicy.

– Rozumiem doskonale tych, którzy wychodzą na ulice, bo często nie wiedzą, co dalej począć – mówi Jan Grodzicki. – Nie zawinili obecnej sytuacji w rolnictwie, a muszą się z nią zmagać. Inna sprawa, że dialog w tej sprawie jest marny.
Tomasz Zakrzewski podziela tę opinię.

– Politycy narobili bałaganu – mówi przewodniczący Rady Powiatu Toruńskiego. – Skutki będą odczuwalne jeszcze przez wiele miesięcy.

Co będzie dalej z protestami? W rozmowach z rolnikami pobrzmiewają słowa Wojciecha Mojzesowicza z protestu pod Bydgoszczą.

– Jeżeli rząd nie umie rozmawiać z ludźmi, to powinien podać się do dymisji – mówił dwa tygodnie temu były minister rolnictwa. – Rolnik nie robi bowiem polityki, a ciężko pracuje, żeby wszyscy mieli co jeść.