Rosyjskie kości w polskim błocie

Około tysiąca szkieletów zawierać mogą zbiorowe mogiły odkryte u podnóża wału przeciwpowodziowego, chroniącego Nizinę Ciechocińską. Polskie urzędy, choć miały taki obowiązek, nie poinformowały o znalezisku strony rosyjskiej. Ta szykuje notę dyplomatyczną w tej sprawie.

To jedno z najbardziej sensacyjnych odkryć ostatnich lat. Złoty Pociąg ciągle pozostaje mrzonką, a tu mamy około tysiąca żołnierzy rosyjskich z czasów wojny polsko-rosyjskiej 1831 roku, pochowanych zaledwie 40‒60 centymetrów pod powierzchnią ziemi. Chowano ich w mundurach, w pełnym uzbrojeniu wraz z osobistym wyposażeniem, z obawy przed rozszerzeniem się, panującej w armii, cholery. Byli wrzucani przez swoich kolegów, późniejszych zdobywców Reduty Ordona, do rowów melioracyjnych, fos, jak popadło.

Sensacja wybuchła 4 września, kiedy koparka firmy podwyższającej wał przeciwpowodziowy wyrzuciła na powierzchnię ludzkie kości. Są w Ciechocinku ludzie, pasjonaci-historycy, którzy przewidzieli taki obrót sprawy. Od dawna wskazywali na pozostałości szańca, będącego przyczółkiem mostowym z 1831 roku, około dwieście metrów od wału w stronę Wisły. To u jego podnóża, czyli właśnie w tym miejscu, chować miano choleryków w mundurach armii rosyjskiej.

Historię tę potwierdza dr Wojciech Skotnicki, historyk, specjalizujący się w dziejach tego regionu Polski.

– Znaleziono guzik, prokuratura to podała, jak rozpoznaję 6 Gwardyjskiego Pułku Grenadierów im. księcia Eugeniusza Wirtemberskiego. Ten guzik potwierdza wszystko – podkreśla historyk. ‒ Taki oddział był wówczas w siłach armii feldmarszałka Paskiewicza, która parła na Warszawę na ostatnim etapie wojny polsko-rosyjskiej, wieńczącej powstanie listopadowe.

18 lipca 1831 roku na wysokości Osieka, tuż przy granicy Prus z Królestwem Kongresowym, ogromna armia rozpoczęła przeprawę po mostach pontonowych, przekazanych Rosjanom przez usłużnych im wówczas Prusaków z Torunia. Największy przerzucono na łódkach berlinkach, a dwa mniejsze na blaszanych pontonach angielskich, które były chronione przez parowe holowniki, ściągnięte z Petersburga. Mówi się o wybudowaniu łącznie pięciu mostów, które pozwoliły oddziałom dostać się na lewy brzeg do Słońska. Dla ochrony przeprawy wybudowano na lewym brzegu Wisły szaniec na wysokości warzelni soli. Miał bronić przeprawiających się przed ewentualnym atakiem polskich oddziałów od strony Słońska, Ciechocinka i Raciążka. Między 18 a 21 lipca 1831 przeprawiła się armia licząca 54 tysiące wojska z 318 działami. To był inżynierski majstersztyk. Jednak wielu żołnierzy chorowało na cholerę. Chowano ich na przedpolu szańca w rowach.

I te rowy przeciął pod kątem prostym nowy rów, tyle że technologiczny, do wypuszczania wody używanej przy modernizacji wału przeciwpowodziowego. I pojawiły się kości, artefakty, problemy.

– Te rzeczy nie są zabytkiem. Guzik, jakaś naszywka – to nie są w tych okolicznościach zabytki archeologiczne ‒ zapewnia Sambor Gawiński kujawsko-pomorski konserwator zabytków.

Odsyła do Urzędu Wojewódzkiego w Bydgoszczy. Tamtejszy Wojewódzki Komitet Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa odsyła stanowczo do centrali. Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie zna sprawę, ale chce się jak najszybciej jej pozbyć.

– Zwróciliśmy się do Urzędu Wojewódzkiego w Bydgoszczy o zajęcie się sprawą – wyjaśnia Adam Siwek, dyrektor wydziału krajowego Rady. Nie ma zarazem złudzeń – nic w tej sprawie nie da się zrobić, bo… nie ma na to pieniędzy. A tych trzeba sporo, skoro, jak sam przyznaje, powinno się to miejsce zamienić w cmentarz wojskowy, a to oznacza jednak badania archeologiczne i

antropologiczne. Zapłacić za to powinno województwo. Takie jest prawo. Jednak rzecznik Urzędu Wojewódzkiego przyznał, że o problemie znalezienia środków na ten cel jeszcze nie słyszał.

Ale najważniejsze – mija miesiąc, a Polacy, mimo umowy z 1994 roku, mówiącej, że Rada Ochrony Pamięci musi informować stronę rosyjską o tego typu znaleziskach, do dziś tego nie zrobiła.

– Jeszcze nie na tym etapie… – ostrożnie zastrzegł Adam Siwek.

***

Niechcący, piętnaście minut wcześniej, sam to zrobiłem. Skoro nie podnosili słuchawki w Radzie Ochrony, to zadzwoniłem do Ambasady Rosji z pytaniem, jak reagują na fakt znalezienia tysiąca szczątków ludzkich pod Ciechocinkiem?

Attaché Władimir Aleksandrow, przyznał, że oficjalnie Ambasady Rosji nie informowano o tej sprawie, co, jego zdaniem, jest dziwne.

– Ale, oczywiście, coś tam wiemy, czytamy prasę – dodał. – Dziękuję za kontakt. W tej chwili nie wydamy oficjalnego komentarza. Przygotujemy notę dyplomatyczną w tej sprawie.